No żesz kurcze, ja nie usprawiedliwiam tej sytuacji, tylko wkurza mnie nagonka typu "a ja też kiedyś byłem w Lutowiskach i pewna Pani wepchała się przede mnie w kolejkę po mięso. Pewno to była Pani Maria, bo z daleka wyglądała mi na osobę łasą na mięso".
Trochę za łatwo przychodzi używanie ciężkich słów, takich jak złodziejstwo. Weźcie pod uwagę, że np. wiele biur podróży podobnie używa zaliczek, aby klienci nie rezygnowali w ostatniej chwili.
W takiej sytuacji, szczególnie w Chmielu, ciężko znaleźć innych chętnych i traci się część zarobku, który służy do życia przez resztę roku.
Poza tym ceny w Bieszczadach nie są wcale wysokie, zachęcam do realnego porównania z cenami nad jeziorami czy nad morzem, albo też w Tatrach na przykład. Moja rodzina była nad morzem i nad jeziorami w tym roku. Ceny za byle jakie noclegi zaczynały się podobnie jak w Bieszczadach od 30 zł za porównywalne warunki (z pełnym wyżywieniem za 70 zł minimum, bez zniżek dla dzieci).
Jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, że jest rodzina z małymi dziećmi, która nie życzy sobie hałasów w nocy i wymaga tego od właściciela gospodarstwa, bo za to płaci. I dlatego właściciel może prosić innych gości, żeby przyjeżdżali rano, a nie w nocy. Nota bene akurat w u Pani Marii wszystkie pokoje są w jednym korytarzu obok siebie i przyjazd w nocy rzeczywiście może powodować hałas. Nie wiem czy akurat tak było, ale ponieważ mieszkałem u Pani Marii przez dwa tygodnie sądzę, że nie należy do osób, które z powodu swoich kaprysów robi problemy gościom.
I jedno na koniec - Bieszczady to nie centrum Warszawy, gospodarstwa agroturystyczne to nie Marriot, Sobieski czy Holliday Inn, tam mieszkają i żyją normalni ludzie, których nie powinniśmy traktować jak hotelarzy. Więcej wyrozumiałości, więcej życzliwości.
Wierzę, że zdarzenie u Pani Marii, które miało miejsce, to jakiś nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Mam nadzieję, że innym turystom takie rzeczy się tam nie przytrafią.
Pozdrawiam
Walker


