...Wsiadłem ostatni odepchnąłem sie mocno od pnia przy którym cumowaliśmy. NO! TO TERAZ SOBIE POPŁYNIEMY! :) - Pomyślałem przepełniony nadzieją, Przeca co dwi pary wioseł to nie jedne. W końcu to własnie ten argument zaważył za zabraniem załoganta...Nawet obawiałem się żeby teraz za wcześnie nie zakończyć tej wyprawy, bo we dwójke to bez wysiłku przepłyniemy trasę do polańczyka...Hehehe...Rzeczywistość w mig rozwiała moje obawy...Miast pędu powietrza, odkosów od stewy dziobowej i spienionego kilwateru za rufą - usłuszałem szczęk zderzających się wioseł ...No tak, załoga musi się zgrać...
Odruchowo chciałem zaprzeć się wiosłem w wodzie od dziobu do rufy, co wczoraj dawało tak piękne efekty...Zapomniałem że przed soba mam jeszcze jeden "napęd" i to dopiero na dotarciu...
Trasa do zakrętu na Łokciu była mordęgą okrutną. Musiałem zająć się głównie utrzymaniem kierunku...Słonko grzało jeszcze w trybie letnim. Adam nie miał żadnej czapki, więc trzymaliśmy się prawego brzegu gdzie panował zbawczy cień...Sięgnąłem po swój mapowy brudnopis, by nanieść to, czego nie naniosłem wczoraj wieczorem. Hmm... gdzie mam długopis? Roentgen po wszystkich kieszeniach...K...a! Ani chybi utopiłem go gdzieś
Nie miałem innego...Nie chciałem polegać na swojej pamięci przez najbliższe dwa dni więc podpłynęliśmy do najbliższego wędkarza, moze uda sie załatwić choć kawałek ołówka. Wedkarz owszem, miał długopis, ale niespecjalnie miał ochotę sie go pozbyć. Kiepska sprawa co chwila żebrać na brzegu o jakieś pisadełko
Dla pewnosci rozejrzałem sie po kajaku...Jest!
Przeprosilismy ze zawóciliśmy panu głowę i powleklismy sie dalej...Nie ukrywam ze na tym etapie żałowałem, że nie jestem sam. meczyło mnie to ciągłe nakierowywanie kajaka na własciwy kurs. W po jakiejs godzince chlapania wiosłami pierwszy objaw zgrania załogi. Razem zdecydowalismy wpłynąć do zatoczki i napić sie herbaty. :)


Odpowiedz z cytatem