Poczekałem aż załogant się wyszaleje, poczekałem aż wypije swoje pifencjo...I z radością powitałem moment odcumowania, bo łapy świerzbiły do wiosłowania...Przy wyjściu z zatoki powitał nas dość mocny wiatr, wiejący akurat w sprzyjającym nam kierunku...Jakoś jednocześnie naszła nas myśl o zmajstrowaniu czegoś w rodzaju żagla...Dopłyneliśmy do najbliższego brzegu, znalazłem leszczynke odpowiedniej długości i kalibru, do tego niby szoty i niby maszt z wiosła...i jeszcze peleryna przeciwdeszczowa... Małe abrakadabra... i oto mamy żagiel łaciński