Maj roku 2000 jeśli dobrze pamiętam. Kondycja po zimowym nieróbstwie niezbyt imponująca a pogoda zdecydowanie za dobra. Upał. Idę więc sobie spokojnie kolejną godzinę z Wetliny przez Dział i Rawkę w kierunku Kremenarosa. Zaczynam ostatnie podejście i czuję jak moje kroki robią się coraz krótsze i wolniejsze. Odzywa się brak kondycji. Pot zalewa oczy (waży się trochę to i jest z czego się wypocić) i nagle z góry widzę schodzącą kobietę (jakieś 20-25 lat). Patrzę i oczom nie wierzę. Żeby człowiek był tak zmęczony i miał omamy. Babka (bardzo ładna zresztą) idzie w moim kierunku bez górnej części garderoby. Przystanąłem. Dałem se raz w pysk a ona nie znika. Ładne piersi. Zaczynam kombinować. Może rzeczywiście ona istnieje. Jest gorąco - sam idę z leksza roznegliżowany (choć nie tak bardzo). Ale idzie sama, plecaka żadnego, dookoła pasa przewiązana tylko jakiś swetrek a do najbliższego schroniska jednak jest kawałek. Omamy.
Babka jest już koło mnie. Zwyczajowe cześć, cześć i ...
Obejrzeć się czy nie ... Nie wypada, ale z drugiej strony bardzo ładna ... A może jak się odwrócę to już jej nie będę widział. Czyli może jednak omamy ...
Myślę, a w tym stanie to boli. Mija dobrych kilka chwil i słyszę że ktoś nadchodzi z góry. Spoglądam i jestem w lekkim szoku. Przede mną pojawia się facet (towarzysz babki z którą się mijałem) w pełnym rynsztunku. Ona prawie naga a on ze sporej wielkości plecakiem, spocony jeszcze bardziej niż ja w grubej flaneli i jeszcze grubszym swetrze ...
Wstyd przyznać, ale za nim się obejrzałem ...


Odpowiedz z cytatem

