Zwykłe spotkanie na drodze
Połowa sierpnia '77, niedziela, odcinek Wrocław- Sanok pokonałem stopem w jedną noc. Następnie, z mokrym namiotem, trochę PKS-em dalej pieszo w stronę płd-wsch zielonego cypla kraju. W pewnym momencie obrazek jak z filmu "strach na wróble". Pusta szosa opadająca w dolinkę by ponownie wspiąć się na wzniesienie. Cisza, z jednej strony ja, na przeciwnym krańcu inny wędrowiec. Spotkaliśmy się po środku, krótkie "hej" było wówczas nie tyle powitaniem co przedstawieniem się. Krótka rozmowa i rozchodzimy się, on na północ ja na dół. Niby zwykły epizod, ale dla osoby, która wówczas miała dwadzieścia lat, widziała parę amerykańskich filmów drogi i była przesiąknięta przesłaniem roku '68 to było emocjonalne przeżycie. Do tego dochodziła świadomość, że wkraczam w Bieszczady, krainę mityczną i niemalże mistyczną.
Tego wieczoru dotarłem do schroniska na Horodku gdzie zakotwiczyłem na miesiąc.