Henek napisał...
„To tu w Bieszczadach można też spotkać niecodziennych ludzi w niecodziennych sytuacjach. Ludzi z plecakiem albo i bez, ludzi poszukujących i tych co znaleźli. Ludzi normalnych i "nienormalnych". Jeśli zdarzyło się wam takie NIECODZIENNE SPOTKANIE NA SZLAKU które zapisało się w waszej pamięci to napiszcie o tym.
Jeśli spotkaliście kogoś kogo miało nie być .. Jeśli spotkaliście tam gdzie nic nie ma ... Jeśli spotkaliście osobę która zrobiła wrażenie ... .... to napiszcie o tym.”
To było w połowie lat dziewięćdziesiątych w czasie mojego drugiego wyjazdu w Bieszczady, wyjazdu przeznaczonego na spokojne popatrzenie na nie. Pierwszy wyjazd był rok wcześniej z grupą survivalową z ZHR-u i był właściwie poświęcony czemuś innemu.
Przechodzę już do historii, która mi się przydarzyła. Był upalny dzień lipca, od rana istna spiekota, w planie przejście niebieskim szlakiem z Nowego Łupkowa do Solinki i drogą w dół do Żubraczego. Wtedy w Bieszczady wybrał się ze mną jeden z tych zeszłorocznych survivalowców, bo nie miał nic konkretnego do roboty w wakacje. W Nowym Łupkowie zrobiliśmy stosowne zakupy i około 10 rano ruszyliśmy na szlak. Znającym szlak zapewne wiadomo, że od początku, aż prawie pod granicę żadnych drzew i odrobiny cienia. Już na granicy zastaliśmy strasznie dużo powalonych drzew, które skutecznie tarasowały ścieżkę i trzeba było się wspinać po konarach by zawalidrogi ominąć. Upał i napotkane co chwila przeszkody skutecznie odwadniało organizm a to znowu zmuszało do szybkiego uszczuplania zapasów cisowianki.
Na Wierchu nad Łazem zrobiliśmy odpoczynek, ja ruszyłem w dół szybciej a kolega miał mnie dogonić (szybciej chodził). Schodząc zobaczyłem podchodzącego pod szczyt młodego człowieka, straszliwie obładowanego, niósł ogromny plecak, karimatę, spakowany namiot, jakiś jeszcze plecaczek i chyba jakąś torbę plastikową. Na moje oko musiał chyba nocować na szlaku, co później w rozmowie potwierdził…, chociaż rozmowa była bardzo trudna, bo prawie go nie rozumiałem. Zaskoczyło mnie, że samodzielnie się poruszał, chociaż od razu widać było sporą niepełnosprawność umysłową. Na koniec tej „trudnej” rozmowy, już odchodząc, już odwrócony, poprosił mnie o wodę. Zaskoczony i pomimo świadomości złego swojego odruchu przeprosiłem… że mam jej mało, że jeszcze przede mną kawał drogi… totalne bzdety. On wchodził na ten szczyt a ja po dłuższej chwili, kiedy zrozumiałem mocniej swoje świństwo zacząłem go wołać… wtedy już chciałem podzielić się wodą… nie słyszał mnie, może nie chciał? On wszedł na ten szczyt a ja „modliłem się” by ten mój kolega ją dał, gdy go poprosi. Zostałem i czekałem z 10-15 minut, kolega dogonił mnie i potwierdził, że podzielił się połową zawartości butelki. Nie chciał też mojej na uzupełnienie.
No cóż… podle się czułem, ale stało się. Zostałem sprawdzony i dałem totalnej plamy by nie powiedzieć gorzej! Poprosiłem wtedy w myślach bym dostał kiedyś szansę zmazania tego. Kilka dni trwało zmaganie z myślami i szansa, w mojej wtedy ocenie, przyszła szybko.
Znalazłem się w Zatwarnicy, początek podejścia na Dwernik-Kamień i dalej gdzieś tam. Wszedłem do tego „zielonego” sklepiku z dykty, którego obecnie już nie ma (taki niby domek na noclegi nadal stoi). W środku dwóch kilkunastoletnich harcerzy, Zawiszaków ze Świętokrzyskiego, którzy liczyli wysupłane grosiki, patrzyli na półki i… wszystko było za drogie. Sprzedawca ich ponaglał, gdy zobaczył jak wchodzę. Gdy wychodzili nic nie kupiwszy… dostałem obuchem w głowę, że znowu jestem wystawiany na próbę i jak ponownie dam plamy to już mogę sobie tylko napluć w twarz. Wyszedłem zaraz za nimi.
Dwaj Harcerze, 12-13 letni chłopcy, porozmawiałem z nimi wtedy kilkanaście minut, byli na tzw. chatkach, pochodzili z bardzo biednych rodzin i trochę byłem zaszokowany, że zostali na te 3-dniowe chatki puszczeni bez większego prowiantu i bez środków na ewentualny zakup, nie byli też chyba odpowiednio przygotowani na takie „samo-chodzenie” po Bieszczadach. Nie będę dokładnie opisał wspólnej rozmowy, była na poziomie synów z ojcem/przyjacielem. Poprosiłem ich, by dali mi szanse spełnić dobry uczynek dla nich… wróciliśmy do sklepu, chłopcy zostali odpowiednio zaprowiantowani. Pouczyłem, żeby „te chatki” odbyli w pobliżu Zatwarnicy i nie odchodzili zbyt daleko.
Dla wielu mogą być to dwa banalne zdarzenia, ale dla mnie była i jest to lekcja!. Mam te dwa spotkania ciągle przed sobą i ciągle o nich pamiętam.
Jeśli spotkaliście osobę, która zrobiła wrażenie... to napiszcie o tym.
Henek, napisałem, trochę przydługo, ale… :)


Odpowiedz z cytatem