To była zima.
Zima w Bieszczadach ma dwa oblicza. Z jednej strony mroźna, pochmurna i nijaka.
Z drugiej strony jeśli przebije się słoneczko to wydobywa najpiękniejsze walory tych gór.

Nie pamiętam co zapędziło mnie samochodem do Ustrzyk Górnych. Wszystko pozamykane. Pusto. Ludzie schowani po domach.
Na zaśnieżone drogi dopadywał lekki śniżek zamiatany wiaterkiem.
Napotkaną Straż Graniczną wypytałem czy droga na Wetlinę jest przejezdna.
Wczoraj była - odpowiedzieli - ale dzisiaj jeszcze nikt nie jechał..
Ryzykuje. Ostatecznie łańcuchy w bagażniku.
Po opuszczeniu Ustrzyk Górnych widzę stojącego na poboczu młodego człowieka łapiącego okazję.
Ki diabeł ? Pytam sam siebie a zarazem jego. Okazuje się że rzeczywiście chce złapać okazję do Wetliny.
Tłumaczę że nie wiadomo czy droga przejezdna, ale wsiadaj - przydasz się przy pchaniu samochodu.
Przedstawił sie jako uczeń szkoły dla barmanów jadący do rodziny.
Na Wyżniańskiej zatrzymujemy się na drodze (pobocza to ponad 1-metrowe bandy) aby zrobic zdjecie.
Do Berehów zjeżdżamy delikatnie lawirując.
Na serpentyach wspinających się na przełęcz zaczęło się. Jedna zaspa - poszła , druga zaspa - wykręciło , ale poszła. Trzecia to było zakładanie łańcuchów.
Na kolejnych zakrętach łańcuchy nie pomagały - za dużo śniegu. Wypad i pchanie.
Manewry do przodu ityłu. Modlitwy albo szczęście spowodowało że dotarliśmy do tej Wetliny. Przy wysiadaniu poradziłem mu aby nie grał już w totolotka. Drugi taki fuks ze złapaniem się na okazję już mu nie wyjdzie.
Do dnia dzisiejszego zastanawiam się co nim kierowało wybierając jazdę okazją o takiej porze roku na tej trasie.
Niesamowite.