Parę lat temu, wyruszyłem z Kulasznego, niebieskim szlakiem przez Suliłę na Chryszczatą by później już czerwonym zejść do Komańczy. Rano mały deszczyk, później już parówa, czyli coś wisiało w powietrzu. Przez cały czas ani jednej osoby na szlaku, totalne pustki. Na Chryszczatej chciałem zrobić dłuższy odpoczynek ale gdzieś w oddali widziałem niebezpieczne chmury burzowe, coś bardzo daleko błyskało i bardzo powoli zbliżało się w moją stronę. Oceniłem, że może być niewesoło. Odpoczynek był, więc sprowadzony do pełnego minimum i ruszyłem ostro w dół. Była wtedy godzina gdzieś koło 15-16. To był bardzo deszczowy lipiec. Chryszczata wtedy lubi być śliska, więc gdy zobaczyłem idącą kilkuosobową grupę w górę, która była obładowana w straszliwy sposób i w dodatku kilka osób idących w tyle, ledwo szło uginając się pod ciężarem plecaków, spytałem się gdzie idą. Dowiedziałem się, że mają zamiar na wieczór dojść do Cisnej. Wtedy zareagowałem, że biorąc czas jaki już jest i kondycję jaka mają to w życiu nie dojdą. Ostrzegłem, że teraz nie widać, ale z drugiej strony Chryszczatej nadciąga niewesoła chmura i na moje oko to będzie niedługo tutaj niezłe piekło. Nie znali w ogóle trasy, polegali tylko na mapie więc powiedziałem im, że na Żebraku, gdyby było już bardzo źle mogą się schronić w drewnianym schronie (wtedy jeszcze stał). Dałem im tez telefon do Andrzeja Spychały, który jeździ busem, a też prowadzi z rodziną Okrąglik w Cisnej.
Duszatyn prawie biegnąc odebrałem telefon z Warszawy, że tam jest straszliwa burza i właśnie gdzieś podali, że piorun zabił 2 osoby na przystanku autobusowym. W Prełukach gdy się zastanawiałem czy iść szlakiem czy drogą to pioruny waliły ostro w Chryszczatą. Nie było co myśleć tylko szlakiem na skróty. Na górce zobaczyłem, że źle wybrałem, pioruny waliły wszędzie a gdzieś z 50-100 metrów ode mnie piorun strzelił w drzewo. Nie powiem, że się nie bałem… miałem sporego stracha. Pioruny waliły bez mała jak z karabinu maszynowego. Zrobiło się też zimno, schodząc do Komańczy wszędzie strumieniami płynęła woda. Byłem cały mokry, nie wiem już czy z potu czy z deszczu.
Pomyślałem sobie o tamtej grupie, że mają nie wesoło. Myślałem o nich i wieczorem i w następne dni.
Kilka dni później rozglądając się w Wetlinie za transportem w stronę Ustrzyk Górnych spotkałem Andrzeja Spychałę, który mi opowiedział jak to dwa dni temu zadzwonili do niego o 2 w nocy z Przełęczy Żebrak. Zabrał ich busem do siebie, zziębniętych i mających dość wędrówki.


Odpowiedz z cytatem