Pokaż wyniki od 1 do 10 z 18

Wątek: "Wyprawa na kres jesieni",Szlak Graniczny, listopa

Widok wątkowy

  1. #10

    Domyślnie Bez kokiety i kobiety

    PKS stanowi osobny świat. Nie mówię tu o zaduchu, tłoku i tym podobnych ozdobach, ale o samym nastroju jazdy.

    Gdy patrzę przez okno PKSa na krajobrazy mijane po drodze stanowią dla mnie przystawkę do podróży właściwej. Gdy wsiadam do PKSa w drodze powrotnej, patrząc się na te same góry, czuję się jakbym spożywał deser.

    Dopóki byłem w PKSie towarzyszyli mi ludzie, a ja byłem przedmiotem podróży. Do momentu opuszczenia autobusu moja wola była podporządkowana celowi, a ja nie byłem jej panem.

    Wszystkie te myśli opadły w jednej chwili, gdy wysiadłem z autobusu. Wkrótce podróż zmieniła się w fakt dokonany a ja musiałem założyć polar, bo od myślenia przemarzłem. A może to ostatnie jesienne słońce nie świeciło dość mocno?

    Rzucam wór na ławeczkę i wyciągam polar i mapę. Dopijam łyk wody i powoli rozprostowuję nogi, zdrętwiałe po podrózy. Wyciągam kije i powoli spaceruję.

    Wreszcie dość, idę na serio.

    Krajobraz dookoła jest dość turpistyczny. Z jednej strony nienajładniejsza wieś z drugiej jesień, ubrana w zachodzące promienie słońca.

    Idę powoli, martwię się o kolano. Nie wiem jak zniesie 20 kg plecak, połączony z kawałkiem twardej szosy. Mój cynizm wymiękł po 5 minutach w pejzażu.

    Czuję się, jakbym wrócił do domu, choć nie byłem tu nigdy. Powoli odpadają ode mnie sentymenty poprzednich wypraw, myśli stapiają się z drogą - buty nie, bo ciągle jest dość zimno.

    Celem jest dojście jak najdalej pod granicę. Chcę wyzyskać światło, żeby nie iść po nocach.

    Mija mnie PGR, mijają mnie pogranicznicy, gdzieś przy głównej drodze słychać jakieś samochody. Mieszkańcy, skupieni przy ganku machają do mnie. A może po prostu stukają się w czoło?

    Mijam mostek i wypatruję torów wąskotorówki. Dochodzę do zakrętu i raczę się nim, podobnie jak krajobrazami przede mną. Ani drogi, ani krajobrazów syty nigdy nie będę.
    Miejscami błoto, miejscami żwir, obok szmer strumyka i pejzaż.

    Wędrowanie samemu jest dla mnie odświeżające, bo pozwala zapomnieć o istnieniu i skupić się na marszu, oddechu, pejzażu, plecaku i drodze. Dokonuje się rozpad świata, pozostawiam za sobą "miejskiego Ezechiela" a staję się "Prorokiem polnym, pospolitym". Jest w tej drodze jakaś nierealność, a może właśnie jakaś realność prawdziwa.

    Prawie rownie prawdziwa, jak gleba, która właśnie mknie w moje ramiona. Zapomniałem o BHP filzofowania i teraz zamiast katharsis mam kolano stłuczone.

    Mijam jakąś altankę i znaki ku schronisku. Toczę ze sobą dyskusję. Z jednej strony schronisko, gdzie można nieco odpocząć po podróży, z drugiej upragnione, twarde namiotowanie. Rozważam drogę, a problem rozważa się w tle.

    Wreszcie decyzja. Wybieram polną drogę w kierunku granicy, żegnam się z wizją schroniska i ludzi. Wybieram samotność. A może to ona wybiera mnie ?

    Wędrówka zaczyna wieść w górę drogi zrywkowej, a raczej rzeki, sądząć z ilości błota.

    Droga przypomina mi Beskid Niski, który jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko sięgnąć horyzontu. Nogami. Rozległe widoki, kępki drzew, raczej czuję, niż widzę ślady po ludziach, którzy odeszli. Ten wieczór zapamiętam, jako najpiękniejszy w całej podróży.

    Wreszcie koniec, zmierzcha a czuję nieodparty pociąg do małej kępki traw, na uboczu całego świata. Jeszcze trochę pociągnę, jutro będzie krócej.

    Trawy, wilgoć, błoto ... Już!

    Najpierw rozłożyć namiot. Czuję się nieco niezręcznie, namiot zapewne też. Niby wymieniliśmy już pierwsze uściski po kupnie, ale dopiero dzisiaj będziemy musili spędzić ze sobą dość dużo czasu. Niemniej namiot, okazuję się całkiem sympatycznym bytem i nasza współpraca będzie przebiegać bez zarzutu.

    Gotuję herbatę i zjadam mielonkę. Zagryzam serem i masłem. Potem idę się myć.

    Strumyk szemrze zachęcająco. Myję się przy czołówce, staram się nie przyzwyczaić do nadmiaru czystości i wody.

    Granica biegnie granicą zlewisk, znalezienie źródła, tryskającego ze zbocza wymaga sporo szczęścia. Zwłaszcza, że wszystko świadczy o tym, że od dawna nie padało. (błoto po kostki, a nie po kolana) Na wszelki wypadek 1,5 l wody będę niósł na grzbiecie.

    Sprzątam, wrzucam graty do namiotu. Kuchenka się nieco piekliła, więc musiała ochłonąć.

    W proroczym odruchu ubieram czapkę, rękwiczki, kalesony i koszulkę. Dla zasady zaciągam kaptur.Kładę się spać, ogarnia mnie powoli ciepło.

    Odpływam.
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    Pozdrawiam z dalekiej północy,
    Marcin.

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. "Niebieski" szlak graniczny
    Przez WojtekR w dziale Oftopik
    Odpowiedzi: 3
    Ostatni post / autor: 17-01-2021, 21:43
  2. Wyprawa - "zaplecze logistyczne" ;)
    Przez admiralbar w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 12
    Ostatni post / autor: 18-04-2011, 22:03
  3. I kolejowa wyprawa pociągiem "Przemytnik"
    Przez olgaa w dziale Relacje z Waszych wypraw w Bieszczady
    Odpowiedzi: 19
    Ostatni post / autor: 10-02-2010, 19:00
  4. Odpowiedzi: 33
    Ostatni post / autor: 11-05-2009, 04:43
  5. Odpowiedzi: 4
    Ostatni post / autor: 27-11-2008, 11:42

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •