Spanie w pewnych przedziałach tempreatur ma w sobie coś z perwersji. Niby człowiek przygotowany na zimno, niby obeznany a za każdym razem noc przebiga inaczej.
Tym razem było koszmarnie. Noc ciągnęła się jak droga w czasie deszczu, kolejne zaś godziny znaczonye były utratą czucia w kolejnych kończynach. Nie wiem ile spałem a ile majaczyłem. Letarg.
Co najśmiejszniejsze letarg poszukiwany i wyczekiwany, a więc w jakimś sensie pozytywny.
Niemniej nastał świt. Wbrew pozorom świt oznacza, że będzie zimno jeszcze tak do 7, bądź 8. Niemniej można normalnie przespać dwie godziny, bez filozofowania.
Wreszcie pobudka właściwa. Wychodzę z namiotu, wzuwam buty i składam mój dobytek. W robocie akompaniuje mi palnik i chleb z mielonką.
Wychodzę.
Do granicy idzie się drogą zrywkową, raz po raz tonącą w buczynach. Co najciekwawsze jesień nie zbrzydnie mi do końca wyjazdu. Metr po metrze robi się coraz cieplej. Zdejmuję kalesony, czapkę i rękawiczki. Wkrótce będę szedł w samej koszulce. 300 m. różnicy poziomów, przy dużej wilgotności powietrza wyrywa mi oddech z piersi.
Błoto, na przemian z koleinami i mokrą trawą. Stuptuty okazują się równie niezbędne, co w zimie. Szlak meandruje, tak więc nie mam drogi na rozważania. Z tego fragementu marszu pamiętam tylko zdziwienie, w momencie gdy spojrzałem za siebie.
Dochodzę do granicy, małe święto. Jeszcze 48 godzin temu byłem niedaleko granicy północnej, teraz zaglądam do Słowaków za miedzę. Globalizacja, czy tęsknota.
Jem chałwę i świątecznie piję herbatę. Drętwienie dłoni ostatecznie ustępuje.
Wreszcie jest Wysoki Groń. Ostro w dół, wszystko z górami w tle. Granica wygląda jak cudowny park, tonący w słońcu. Zimno z nocy stało się wspomnieniem. Jest nierealnie, raz po raz droga wychodzi na polany i znika w lasach. Skrawki panoram idealnie komponują się z lasem. Na którymś z zakrętów granicy widzę drogę dnia dzisiejszego.
Idę dalej, zatrzymując się, by uczynić kilka zdjęć i spostrzeżeń.
W pewnej chwili widzę mroczki i czuję kłucie w mostku. Zatrzymuję się, dojadam chałwę i dopijam herbatę. Po chwili poprawia mi się. Kiedyś takie kłucie miałem, na połoninie w środku śnieżycy.
W pewnej chwili słyszę hałas przed sobą. Zamieram i widzę stado jeleni, przenoszących się przez zieloną (biorąc pod uwagę tło raczej czerwono-rudą) granicę.
Idzie mi się świetnie. Łykam słupki i wrażenia, tak jak łykam pejzaże. Bez czkwaki, albo niestrawności.
Wreszcie okolice Balnicy. Spotykam leśniczego i biorę od niego wodę. Koty jak zwykle strają się uciec w moim plecaku.Myślę powoli nad obiadem.
Świat zaczyna się robić prosty i klarowny. Jest droga, jestem ja i nie ma nic ważnego ponadto. Wszystko inne jest dekoracją, ułudą.
Wychodzę bez obiadu, jednak po kilku strawersowanych wąwozikach opuszczają mnie siły i staję.
Piję herbatę i dojadam chlebem z kiełabsą i serem. Na deser kisiel. Świat nieco się zaokrągla, z górki jakby łatwiej się toczyć.
Kolejne polany, pachnące trawami i ciepłem. Już za kilka godzin będę marzł w śpiworze a teraz muszę znaleźć jakieś mazidło, żeby nie mieć jednocześnie odmrożeń i spalonej skóry.
Dogania mnie nieprzyjemny hałas. Czyżby rzeczywistość, tudzież inna kochanka mnie tu znalazła?
Straż Graniczna.
Tak wiem, że nocleg tutaj jest niezgodny z przepisami. Paaanie, ale ten namiot to ja dla kolegi niosę. Nieeenooo, tylko idota by spał przy minusach w namiocie. Miłego dnia życzę!
Wreszczie zaczynam rozglądać się za noclegiem. Czuję, że od niego zależy, czy pójdę dalej czy zawrocę. Nie w smak mi kolejna noc z ryzykiem odmrożenia, zwłaszcza teraz, gdy jestem nieco zmęczony.
Widzę drobne żebro, daję się skusić i odbijam. Rozstawiam namiot w "Domu Wiatrów". Choć wieje dookoła strasznie, to jednak namiot jest niewidoczny od strony granicy. Nie muszę się obawiać, że ktoś mi po snach przejedzie butami.
Kolacja. Woda po ryżu idzie na sos. Tylko wody na herbatę musi mi wystarczyć. Nie chce mi się schodzić w półmroku i szukać źródeł. Ryż był kolejną błędną decyzją, jaką podjąłem. Niby sos z kiełabchą, a zgłodniałem jeszcze zanim odłożyłęm łychę.
Bety rozkładam na karimacie, nawet NRCa psiakrew nie wziąłęm. Gdyby nie to zimno ciągnące od ziemii dałoby się nawet nieźle spać. W pewnej chwili uświadamiam sobie, że to moja ostatnia noc na granicznym. Idzie Zima!
Byleby mnie nie zadeptała.


Odpowiedz z cytatem