Wczoraj miałem wrażenie, że zamarzam. Dzisiejsza noc pokazała mi, że byłem w błędzie.
Temperatura zeszła z gór w doliny i chyba tam została. W nocy budzę się, by rozcierać zgrabiałe nogi i ręce. W tle noclegu akompaniuje wicher, urozmaicając letarg wizjami wiatrołomów spocyzwających na małym, zielonym namiocie.
Co ciekawe, w środku wichury, przeplatanej mrozem czuję się swobodnie. Nie ma nikogo, nie muszę przed nikim zgrywać twardziela. (No chyba, że przed butami, one są najmniej tolerancyjne) Sytuacja jest klarowna i jasna.
Rano budzę się i widzę szron i odrobinę śniegu. Czerwone liście, przybrane w białe szmaty straszą mnie, niby duchy zamarzniętych turystów. Gotuję herbatę, jem kisielek, zagryzam kiełabsą, chlebem i serem. Na dokładkę chałwa i trochę czekolady.
Szacuję, że w nocy było koło -3 / -5 stopni, bo szron nie stopniał od razu po pierwszych dawkach słońca, ale trzymał się aż do ok. 10.
Decyzję o celu wędrówki odkładam na później, póki co trzeba dotrzeć do Roztoków. Pakuję namiot, odgrzebuję spod liści kijki i idę.
Dzisiaj jest inaczej. Nieco zmarznięte nogi wolniej reagują na teren, a jesień pięknieje w miarę, jak słońce ogrzewa Ziemię. Jakoś czerwień liści wydaje się bardziej ognista, gdy człowiek nie ma odmrożonych nóg.
Droga wiedzie przez wysokie leśne polany. Niegdyś pastwiska, dziś takie mikropołoniny, Pachnące sianem i ziołami stanowią miłą odmianę pośród "krain buczynowych".
Wbrew pozorom Graniczny nie jest całkiem płaski. Raz po raz schodzę i wchodzę na kolejne wzniesienia, pokonując w ciągu dnia około 600 m. różnicy poziomów. Co ciekawe strona słowacka jest cieplejsza i więcej liści wisi na drzewach.
W pewnej chwili słyszę szelest gałęzi. Co gorsza dobiega ze strony ostrego zbocza słowackiego. Zatrzymuję się i czekam na rezultat.
Ludzie. Dwie sztuki. Turyści - zawodowcy. Plecaki, namiot i kijki. Ruchy spokojne, ale twarze nieco zdyszane. Zapewne od podejścia w kierunku słowackiego piwa.
Rozmowa przebiegała w radosnym nastroju. Językiem obowiązującym była mieszanina słowackiego, anigleiskiego, polskiego i niemieckiego. Chcą mapę i kierunek do wody. Wskazuję im szlak na Balnicę i opowiadam po angielsku o znacznie bliżych Roztokach. Wspominam o źródełkach zboczowych. Słowacy decydują się na Balnicę, wyjmują aparat, ja przybieram bohaterski i odkrywczy wyraz twarzy, gdy nagle robią oni zdjęcie ... mapie.
Trudno, wiem, że Bieszczady są piękne nawet na mapie. (1:60 000 Krukar, Bieszczady )
Idę dalej, zejście do Roztoków. Ostre, łatwe do przyziemienia i nieco melancholijne. To chyba koniec granicznego. 3 noc w namiocie, przy temperaturze minusowej i kiepskiej odeń izolacji mogłaby się skończyć niesmerfnie. Schodzę do Roztoków, niemal tak samo, jak ponad rok temu.
Na przełęczy oddycham chwilę i żegnam się z Okrąglikiem. Jego "bałuchowaty" kształt zawsze pozostanie dla mnie symbolem Bieszczadu.
Schodzę przez Roztoki i Liszną w kierunku Cisnej. Po drodze łapię stopa i spotykam leśniczego. Wymieniamy uwagi o jesieni. Robię zdjęcia. Czuję ulgę, koniec ryzkowania tyłkiem, można odsapnąć.
Żyję. Idę do Cisnej i na Wetlinę. Pora na deser i epilog.


Odpowiedz z cytatem