Eeeechhh... Nie będę łatać dziur w całej opowieści, bo wyszłaby z tego zupełnie nowa historia :) :D Pokontynułuję od momentu (rejestr pamieciowy Anyczki) :

Cytat Zamieszczone przez Anyczka20
Tylko grajka jakiegoś z gitarą brakowało. Mówisz i masz Exclamation Jak w bajce, czary mary i zjawił się Manowiec z ekipą. Mr. Green Powitaliśmy ich chlebem i solą i czymś tam jeszcze %-owym. Pięknie…jest pięknie, sami znajomi się zjechali. Manowiec „zaraz” zabrał się do roboty i gitara tudzież inne instrumenty poszły w ruch. Przycupnęłam sobie razem z Astrą w kąciku i z bocznej perspektywy obserwowałyśmy cały ten cudny, magiczny wieczór.
No tak... Zjawił się Manowiec, niejaki "Milimetr" (facet miał ponad 2m wzrostu) i Sławek,, który zdarł buty na wędrówce :)... Gitarę faktycznie mieli, co zwrócilo moją uwagę od samego początku... Postawili gitarę w kącie i wzięłli się najpierw za przygotowanie posiłku co rzeczą raczej zrozumialą jest... Przycupnelam więc na rozlożonym juz posłaniu i zatopiłam myśli w roztańczonym ogniu paleniska... Pięknie.. trochę głośno ale gwar, raczej, o sensowne "nauki" wzbogacał a conajmniej można było się zadziwić różnorodnością, jaką Bozia obdarzyła nasz Ludzki Gatunek... Z zadumki wyrwala mnie Ala, która cichaczem, bojąc się chyba narazić zadumanej Astrze :), zapytała niewinnie: "Co tak siedzisz cichutko" (albo coś bliskoznacznego :))... Odpowiedzialam, że na dźwięki gitary czekam ponad godzinkę... Odpowiedziala :" Nieeee no... Napeeeewno zagrają... Jedzenie robią narazie..." :) :) :) Otuchy dziewczyna, w oczekiwaniu na pierwsze dźwięki gitary, chciala mi dać :)... Czekałam więc cierpliwie.... nastepne... z 1,5h... Suma sumarum zagrali w końcu... Zgrali kolo północy... I aż mnie przestraszyli, bo po 2h oczekiwania rozgadalam się z Alą w kącie i zapomnialam na co tak czekam :) Aż tu nagle...: "dum....dururu dum..."... Zabrzmiala... Cisza jak makiem zasiał... I zwiódł nas Manowiec na manowce swoim cudnym śpiewograniem :)...
Żubr poszedł spać, wszyscy pokladli się do śpiworów i słuchali (Żubr chrapał prawie w rytm :D... Tak pospalismy i spaliśmy do rana... Przebudzając się w nocy (...)
Słyszeć można było duet pochrapywania na głosy Żubr kontra Ala (Anyczka) ech...

Poranek.... Zwinnie się pozbierałyśmy, porobiłyśmy zdjęcia, doznałysmy szoku ilości szkła przed chatą... I stwierdziłyśmy że czas iść... Pożegnania, życzenia szczęścia i spotkania w przyszłości... i ufff... idziemy... Idziemy... Pogoda cudna... Słychać potrącane pod butami kamyczki... Rozglądamy się dookoła jakbyśmy chciały wybadać czy aby przypadkiem nic się nie zmieniło od ostatniego razu... I zmieniło się, kurka... Wyrąbali parę drzewek wokół "garażu"(tam gdzie zwykle parkowali bywalcy... Już nie będzie taki... intymny, jak dotychczas...:( Od czasu do czasu wtrącałyśmy coś na zmianę i raczetylko po toj, by upewnić się, że "jesteśmy" :) Potrzeba małomówienia albo nie mówienia wcale bywa na takiej wędrówce zbawienna :) Zauważyłam u Ali cechę podobną do swojej i bez okadzania mogę rzec, ze rozumiałyśmy się niemal bez słów :) Dlatego też bez mrugnięcia zbieram Alę na następne siakieś wędrowanie :) jeśli takowe zaplanuję (albo i nie zaplanuję :) :) :) )
Po drodze oczywiście złapałyśmy swoje zasięgi coby komuś przerywane "hello" powiedzieć czy napisać zadługiego eska i wywolać uśmiech np.Przyjaciela, idącego po mieszczańskim bruku... Ala aż przycupnęła, wyjęła batoniki, chętnie częstowała :D(chyba chciala mnie przekupić ;p ) Zagryzala slodkości jedną ręką a drugą stukała, stukała... i stukala aż wystukala karygodną ilość sms'ów (mało mi wiadomo do kogo (???)) wkońcu, zrywając się padło wspaniałe pytanie..: "To idziemy Astra?" :o