Hurrraaaa!!!! Chatka pusta.Szok po wejściu….idealny porządek, spory zapas drewna, cały worek rozpałki, firanki w oknach, biała cerata na stole…..no po prostu piknie. Jak u mamy.
Na dobry początek usiadłyśmy przed chatką na ławce i rozkoszowałyśmy się resztkami dnia oraz totalną ciszą przeplataną szelestem liści…. krótka-długa chwila ma to do siebie że się kończy.
Astra zabrała się za rozpalanie ogniska na zewnątrz, a ja postanowiłam rozpalić w piecyku w środku, co by było nam cieplutko w nocy. Szarówka szybko przemieniła się w ciemność…przyjemną ciemność, tylko ognisko dawało ciepłe i jasne światło. Zjadłyśmy jakiegoś chińskiego wynalazka
, kanapeczki a na deserek pieczone jabłka i herbatka z prundem. Ciepły napój rozgrzał nas od wewnątrz. :P Przyjemnie się siedziało przy ogniu w nocy…tylko taki maleńki niepokój mnie ogarnął…. Gdy podchodziłyśmy drogą leśną do chatki spotkałyśmy robotników leśnych, którzy spytali „Czy idziemy do budki”? Ja głupia odpowiedziałam, że tak
…No i moja dziewczęca wyobraźnia zaczęła działać….a bo to różne licho w ludziach siedzi. Dobrze że można się zamknąć od środka- pomyślałam i już więcej nie zaprzątałam sobie głowy robotnikami. Resztę cudnego wieczoru spędziłyśmy w chacie na przemian dokładając drewna do piecyka. Astra wzięła ze sobą książkę, to rzecz zrozumiała…ale nie wiedzieć czemu były to „Rozmówki polsko-francuskie”???
Zagłębiła się w lekturze tej ksiażki, powtarzając na głos różne tam bonżury i orewuary
. Hahaha…no jak ja ją lubie….nawet w środku lasu w ciemną noc można podszkolić swój francuski. Po wyczerpującej lekcji ułożyłyśmy się w cieplutkich śpiworach…i długo jeszcze rozmawiałyśmy…W końcu sen nas opętał…..


Odpowiedz z cytatem