Ja używam kijów praktycznie odkąd chodzę z ciężkim plecakiem. Choć nie, wcześniej, chodząc z lekkim też używałam. W każdym razie używałam ich zanim jeszcze to zaczęło być modne. Powód prosty - chodząc bez kijów bolą mnie kolana tak bardzo, że niesposób zrobić kroku po kilku godzinach marszu po górach. Z kijami nie mam tego problemu.

Ale do rzeczy. Pierwsze moje kije były no name - jakieś takie z tych tańszych. Zwykłe, skręcane w 2 miejscach, gumowa rączka, zwykły regulowany pasek na nadgarstek. Kije te służyły mi przez kilka lat. Raz nawet (ku uciesze sir Bazyla i krzychuproroka) osunęła się pode mną ziemia i potoczyłam się w dół, niechcąco aczkolwiek skutecznie wbijając kij w ziemię. Kij się wygiął, ale zatrzymał mnie przed dalszym spadaniem. Krzychuprorok wraz z Bazylem kij naprostowali i choć nie składał się do końca, służył mi dalej przez kolejny rok. Aż ukradziono mi te wysłużone kije spod Chatki Puchatka.

Kolejne kije nabyłam na stacji BP za punkty z programu lojalnościowego. No name. Używałam ich kilkanaście razy, mój (większy) brat również. Nadal działają.

I po tych kilku latach nie wydałabym na kije więcej niż 100 zł.