Korzystając z okazji, podepnę się do tematu i przedstawię swój ranking, test i opowieść kijkową, ale tyczyć się to będzie w głównej mierze innego surowca niż sztuczny. Jeśli uzna ktoś ten tekst za przydługi, to wcale nie musi go czytać, bo nic nie straci, ani nic nie zyska.
Pierwszy raz z tego urządzenia korzystałem w Tatrach osiem lat temu....

Kijek znaleziony prosto w krzakach....


Kiedy jeszcze wydawało mi się, że wszystko mogę, udałem się na Czerwone Wierchy. Pogoda wspaniała, a droga wejściowa minęła błyskawicznie. Obrałem kierunek na Kasprowy Wierch i kiedy pokonywałem przewyższenia poczułem nasilający się ból w lewym kolanie. Później zaczęło boleć prawe, a wszystko nasilało się podczas zejść. Jakoś dawałem radę, ale im bliżej Kasprowego tym gorzej. Kiedy doszedłem do celu musiałem już z godzinę posiedzieć. Rozważałem nawet możliwość zjazdu kolejką, ale jakoś się nie zdecydowałem. Pokuśtykałem powoli na dół. Bolało jak cholera i po jakimś czasie kiedy to szczątkowa roślinność drzewiasta się pojawiła, zanurkowałem w krzaki i wyciągnąłem z nich mój pierwszy drewniany kijek trekingowy. W Olczy pojawiłem się gdy było całkiem ciemno i jestem pewien, że bez tego kijaszka nie wiem kiedy bym dotarł na miejsce. Po powrocie nie myślałem już o tym i kij wyrzuciłem do rowu.

Pierwsza kijkowa konstrukcja (model 2013)...


Po niedługim czasie pojechałem w Karkonosze, co by sprawdzić jak tam kolana. Zaplanowałem powolne wejście i częste odpoczynki. Wszedłem Kotłem Łomniczki, a później grzbietem do Przełęczy Sowiej i z niej zejście. Nie było tak źle, ale coś tam w kolanie czułem. Rozpocząłem raczej wolne chodzenie po górach i wszystko dość długo było ok.
Kiedy we wrześniu 2013 roku wchodziłem na Bukowe Berdo od strony Mucznego, znowu lekko poczułem lewe kolano. Mając wcześniejszą nauczkę od razu zacząłem szukać kija i nic konkretnego nie mogłem znaleźć. Złapałem więc zleżałą trzymetrową gałęź i trzymając w rękach za cieńszy koniec przywaliłem w pień. Później powtórzyłem akcję z drugiej strony skracając tym lagę i takim sposobem zostałem konstruktorem kija trekingowego. Wiele pracy to mnie nie kosztowało. W końcu tylko dwa szybkie ruchy i jeden balans ciałem, co by w łeb odłamkami nie dostać. Fajnie sobie wszedłem i zszedłem i nic mi nie było. Od tej pory bez kijaszka po górach nie chodzę, a tego z Bukowego Berda jak i inne mam na pamiątkę....

1.jpg

Solidny i wytrzymały kij marszowo-bojowo-asekuracyjny (model 2014)...


Kiedy nastała zima pomyślałem, że bardziej się przyłożę i dopracuję temat, żeby sęk nogawki nie rozdzierał i zadziory się na dłoniach nie robiły od nieobrobionego drewna, a czas zimowy przyjemniej płynął.
Wyszukałem w lesie bukowy odcinek i delikatnie go ręczną piłką przyciąłem z naddatkiem, a następnie powoli okorowałem. Miał fajne guziołki i sęki co chwyt dobry i pewny miały uczynić, a mało tego, regulacja nie była potrzebna, bo pewność i ergonomiczność w chwycie była i wyżej i niżej. Pieczołowicie i lekko wyostrzyłem cieńszy koniec i zabrałem się do obróbki grubym papierem ściernym, a następnie bardzo drobnym. Kijek był gładki jak pupcia niemowlęcia. Lekko go przyozdobiłem, żeby nikt nie myślał, że to taki zwykły kij i był gotów. Waga jego niemała (ale nie bardzo uciążliwa), oraz gatunek drewna pozwalały na funkcje nawet obronne, bo można było kogoś po plecach zdzielić nie obawiając się o połamanie, a lekko łukowate jego wygięcie mogło świadczyć o dobrej aerodynamice na wietrze. Kij sprawdził się wyśmienicie i przez rok intensywnego użytkowania wygląda prawie jak nowy. Stępiła się tylko lekko jego końcówka, ale cóż ....w końcu to drewno.

3.jpg

No, a może jednak kijek fabryczny z czegoś tam....


W kwietniu, na tydzień przed „majowym zawaleniem gór” jedziemy w Karkonosze. Pakujemy się na lekko, na dwa dni... i kolejny dylemat... a może zabrać ten kijek Rockcośtam co to leży w domu. Nie chodziłem z nim, ale sobie kalkuluję, że kij to może kij i tyle, a człek bardziej wkomponuje się w tę współczesną turystykę i z drewnianą lagą nie będzie wzbudzał aż takiej sensacji wśród Czechów, Niemców i naszych rodaków preferujących szybkie, zdrowe i modne przejścia górskie na znanych, lubianych i obleganych szlakach. Po krótkiej kalkulacji wybrałem tan wariant. Kiedy ruszyliśmy, to sobie coś tam wyregulowałem i dalej idziemy. Najbardziej wkurzał mnie ten pasek co to rękę (czytaj dłoń) tam się wsadza. Poirytowany tym... raz wkładam, a raz wyciągam... zupełnie jak nowicjusz. Po chwili syn mówi... ojciec pokaż tego kijaszka. Przymierzył się i mówi... eeeee ... mogłeś swoją lagę wziąć.... No ładnie myślę, ale cóż zrobić. Idziemy. Zaczął się śnieg, a ja nie wziąłem tego helikoptera co to się go na koniec kijaszka zakłada, żeby w śnieg się nie zapaść. No i wpada on później raz po raz, a jego gładka powierzchnia to aż nadaje poślizgu i szybkości w tym wpadaniu. W końcu i ja razem z nim nabrałem pędu i w okolicach genitaliów się zatrzymałem. Dobrze, że jest skręcany (oczywiście nie o genitalia mi idzie, a o kijek)... włożyłem go do plecaka i to na tyle. Może komuś pasuje... mimo wszystko potrafię to zrozumieć, ale tylko jak nie ja z tym idę....
4.jpg5.jpg

Lekki wszechstronny kijek szybkochodzący (model 2015)...


Posiadając pewien bagaż doświadczeń w tym temacie zapragnąłem nowego modelu. Łaziłem po lesie dosyć długo i koniec końców znalazłem pewien półfabrykat kruszynowy do obróbki. Miał on zapewnić lekkość, a dodatkowo jego smukłość zdecydowanie miała obniżyć wagę. Dzięki temu moja prędkość wzrosła z 2,5 km/h na 3km/h. Końcówkę mocno zaostrzyłem, aby jednak zachować funkcje obronne, bo przecież po uderzeniu w plecy może się połamać, a tak to chociaż dźgać przynajmniej wroga można. Nie było tak źle (na serio), ale produkt okazał się jednowyjazdowy z powodu ścieralności. No cóż ... miękkie drewno i kijaszek kruszynowy po jednym wyjeździe wyglądał jak bukowy po roku użytkowania.

3a.jpg

Przyszłość, marzenia, plany....


Jesienią jest planowana premiera nowego modelu łączącego niebywałą wytrzymałość z lekką wagą, co umożliwi przyjemne rozkoszowanie się wędrówką w każdych warunkach, a zimą moja manufaktura rozpoczyna prace z materiałem brzozowym i grabowym...aby zaspokoić najbardziej wybredne gusta w roku 2016...

Czego oczekują użytkownicy kijków „drzewniannych”...


Ludziska mają różne preferencje... lekkość, szybkość, korkowata rękojeść, kolor, wielkość i wydajność tego helikoptera,a niektórzy to nawet piwo z „kija” lubią. Na ten przykład proszę zerknąć na zdjęcie tych jegomościów z kijaszkami...

6.jpg

Niby podobne w swej ciękości, lekko ortodoksyjne poprzez nie okorowanie, ale zdradzające swym rozmiarem różne preferencje swych użytkowników. Poprzez ich długość widać, że Piskal ma dłuższy kijek, który służy mu do odciążenia prawego ramienia na którym podynduje plecaczek. Zbyszek natomiast, potrzebuje jako użytkownik GPSa i aparatu fotograficznego odciążenia rąk podczas operowania tym sprzętem i preferuje kijek krótszy, który wygodnie można oprzeć w zagłębieniu między pachwiną, a biodrem.
Inni łapią kijem równowagę co by w zmęczeniu i utrapieniu nie runąć na glebę...

7.jpg

Ważne są też związki emocjonalne. Tu na zdjęciu jest czterech ludków..... no i co? Koło każdego kijaszek jak najlepszy kompan leży...który zrozumie, pocieszy i nie będzie krzyczał...

8.jpg

Na koniec napiszę o kiju z Balnicy. Widziałem, jak jakiegoś dusiołka Duchprzeszłości dziargał na tym kiju przy ognisku. Później stał tam opuszczony, aż przygarnął go Piotrek i wziął na wędrówkę (a w końcu zabrał do Będzina). Był krótki... trochę taki krasnoludkowy, ale i on oprócz swych artystycznych walorów miał też bardzo praktyczne. Można z nim się wspinać po bardzo stromym zboczu, gdzie stanowi wspomaganie napędu 4x4, lub poganiać Żubra, albo pomóc sobie dźwignąć Tatrę....

9.jpg

Sorry za te ciągnące się wywody, ale cały dzień na słońcu swoje zrobił...