Najwyraźniej krótko zyjesz i nie znasz realiów tamtych czasów.
1. W latach szescdziesiatych i siedemdziesiatych w Bieszczadach było kilkanascie PGR-ów , zajmujących sie glównie i niemal wyłacznie hodowla bydła i owiec. O spustoszeniu ekoligicznym i zanieczyszczeniu rzek i potoków lepiej nie zaczynajmy rozmawiać. Poza hodowla stałą były masowe redyki owiec z Podhala. Wilki więc miały co jeśc i trzymały się naprawde dzielnie.
2. Odstrzal był wykonywany nie tylko przez lesników ale "prywatnie" na umowe-zlecenie gdzie płatnikiem był PGR. Czesto proceder byl nie zgłaszany w Kołach Łowieckich, wystarczy przesledzic archiwa byłego Urzedu Wojewódzkiego w Krosnie, gdze są pokwitowania wypłat a nie ma zgłoszeń tych odstrzałów w Kołach łowieckich.
3. Omawiana sytuacja nie miała miejsca w jednym roku, "notowania" tego osobnika zaczynaja się od 1971go a kończą w 1976tym. W archiwach powinny być jeszcze papiery.
4. Leśnik z którym łaziłem po lesie nie zyje, został postrzelony przez kłusowników (albo przemytników) w 1978 roku w okolicach Białowieży. Po postrzale nie odzyskał przytomnosci i zmarł trzy tygodnie później.
5. Ilości zwierzyny nie pochodzą z kosmosu. Obecnie w całych Bieszczadach jest może ze dwadzieścia krów, ale to zupełnie inny problem. Sam pamiętam stada bydla po kilkadzesiąt sztuk, pasące się na łakach bez jakiejkolwiek ochrony czy dozoru. Owiec nikt nie liczył do odszkodowania, lepszym zyskiem było "załatwienie" wilka wszelkimi dostepnymi (nie zawsze dozwlonymi) metodami. O wielu "dzikich" polowaniach nikt nic nie wiedział, bywały czasy kiedy kłusownicy robili to niemal na zlecenie...
Takie to były czasy....