Owieczce się nie udało
Jesienią i zimą w ,,GB” często pisaliśmy o wilczych wypadach na owce, bydło, psy, a nawet konie. Przez jakiś czas - przez prawie całą wiosnę - był względny spokój. Wydawało się, że bieszczadzkie wilki wzięły sobie do serca apele rolników i zaprzestały ataków na zwierzęta hodowlane. Ale to się skończyło wczesnym rankiem 15 sierpnia w gospodarstwie Pawła Dydaka z Jureczkowej.
- Żona wcześnie rano wypuściła owce na pastwisko koło domu - opowiada Józef Dydak. - Kiedy wróciła z kościoła, przyjechał Iwanisik i mówi, że wilk nam owcę zagryzł. Poszliśmy na pastwisko. Owca leżała nieżywa z rozszarpanym podbrzuszem.
Nieruchomość Dydaków nie leży na odludziu. Znajduje się we wsi i sąsiaduje bezpośrednio z innymi gospodarstwami. Niewielkie pastwisko, na którym przebywają owce, jest dookoła ogrodzone i styka się bezpośrednio z przydomowym podwórkiem. Z innej strony ogradzająca je siatka biegnie kilka metrów od ruchliwej drogi wojewódzkiej Kuźmina-Krościenko.
Kiedy następnego dnia byłem u Dydaków, owca nadal leżała na pastwisku. Kiedy Anna Dydak podniosła przykrywającą ją folię, natychmiast buchnął niesamowity smród.
- Nie wiadomo, co zrobić - mówi J. Dydak. - Owce są zarejestrowane. Nie można zakopać. Ktoś musi przyjechać, zobaczyć, stwierdzić, że to wilk i dopiero potem można to utylizować. Już ze 20 razy dzwoniłem w różne miejsca i nikt mi nie potrafi powiedzieć, co zrobić. Wydzwoniłem dwie karty...
W Krośnie J. Dydak nagrał się na automatycznej sekretarce, że owca rozszarpana leży na pastwisku i czeka na komisję. I nic. Do żadnego weterynarza nie udało mu się dodzwonić... Pani inżynier z Nadleśnictwa w Birczy zaproponowała, żeby skontaktował się z Wojewódzkim Konserwatorem Przyrody… - Nie wiem już, do kogo mam…
Fot. Owca została zagryziona na pastwisku tuż pod domem
Fot. T. Szewczyk
(więcej ,,GB" 17)