Wracamy, robi się ciemno. Jesteśmy przemoczeni. Renatki kurtka firmy Bergson o d..ę potłuc
. Przecieka. Jest całkiem ciemno. Renatka jest zmęczona, wystraszona i po prostu zła
![]()
. Zła na pogodę, na mnie, :( na świat za całokształt :D . Rozumiem. Bywaja takie chwile :) . Jakby wszystkiego było mało dzwoni Jadźka Denisiuk z Bielska i straszy nas wilkami
![]()
.
Swoją drogą ostatnie nasze zamówienie ikony realizuje wyyyyjąąątkowo długo. Wiem, że te moje relacje czytają jej znajomi, to może popędzą kobietę, bo się nerwowy już robię
![]()
.
W końcu docieramy do karawanu. Jakby wrażeń było mało, to powiem, że podczas naszego spaceru przejechał pług i odgrodził małą pryzmą Karawan od drogi jezdnej.
Zmęczeni, zmarznięci, przemoczeni i głodni dojeżdżamy do Biesiska. Ogrzali się przy kominku – nie powiem, najedli do syta /to było obżarstwo :D / - nie powiem, zapłacili rachunek oj powiem, aż mnie przytkało
. Ale jak smakuje i porcje są naprawdę duże to nie wydziwiam. :D
W nowych nastrojach jedziemy do Zawozu. Dojeżdżamy do Dołżycy. Chwila namysłu i skręcam w prawo. Przecież tędy jest zdecydowanie bliżej. Po 3 – 4 kilometrach wiem, że to był błąd. Wiem ale nie chcę się do niego przyznać
. Kto jechał w błocie pośniegowym prawie po osie wie, co mam na myśli. Renatka blada siedzi koło mnie. Ja nadrabiam miną, a Karawan jedzie, a raczej ślizga się całą szerokością drogi.
W końcu w Buku staję. Zakładam na koła łańcuchy. Szczęście, że je kupiłem :D .
Jedziemy dalej. Trochę lepiej ale nie za bardzo. Dojeżdżam do Spisówki pełen obaw, co dalej. Biorę pod uwagęmożliwość zostawienia /porzucenia/ Karawanu i przebycia dalszej drogi pieszo. Byle dojść do miejsca w którym będzie zasięg. Dalej się zadzwoni do Zawozu i dobry człowiek w osobie Krzysztofa Markuca przyjedzie. Podjazd pod górę za Spisówką. Koszmar. Silnik wyje na wysokich obrotach, spod kół bryzga błoto pośniegowe, a Karawan prawie wcale się nie posuwa. W końcu jestem na górze :) . Jazda w dół. Renatka wyzywa, bo rozpędzam Karawan na tyle, na ile warunki pozwalają. Chodzi o to by podjechać rozpędem pod następne wzniesienie. W końcu jestem koło kapliczki. Dzięki Ci Matko Boska Łopieńska za opiekę. Teraz wiem, że już chyba dojadę. Z dużymi kłopotami ale już mniejszymi niż dotychczas docieramy do Bukowca. Chcecie to wierzcie, nie chcecie to nie, ale z Dołżycy do Bukowca jechałem około 100 minut. Daje to zawrotną prędkość 8,4 km/godz. Jak byliśmy już w pokoju to Renatka sama /co nie jest rzeczą normalną/ poprosiła żebym jej polał…
![]()
![]()
![]()


Odpowiedz z cytatem