Pokaż wyniki od 1 do 3 z 3

Wątek: Wędrowanie pod gwiaździstym kapeluszem

  1. #1
    Bieszczadnik
    Na forum od
    01.2006
    Rodem z
    Ziemia Kłodzka lub Wrocław
    Postów
    111

    Domyślnie Wędrowanie pod gwiaździstym kapeluszem

    Czy ktoś jeszcze w naszym kraju potrafi pisac prozą tego typu poezję? Myślę, że do Nevrlego możnaby porównać naszego świetnego Władysława Krygowskiego, autora serii ksiąg o górach, lasach, wędrowaniu. O Życiu.
    Do tej pory z twórczości czeskiego autora udało się przełożyć, niestety tylko, dwa rozdziały z książki p.t. Karpackie Gry. Hmmm. Gdybym miał odrobinę więcej pieniążków, chętnie wyłożyłbym większą sumkę na tłumacza i wydanie tej wspaniałej książki A może znajdzie się ktoś, kto zechce pokusić się o publikację tego jakże cennego tomu.? Kto wie? Może dowódca-prezes Ruthenusa wyda kiedyś tę kapitalną opowiastkę?
    Z błękitnym niebem!




    Miloslav Nevrlỳ "Karpatské hry"

    Wędrowanie pod gwiaździstym kapeluszem.


    Motto:
    Miej namiot, przez który wiatr przewiewa,
    on jest wdzięczniejszy niż wspaniały zamek.
    Um - Jesid, matka szóstego kalifa.


    Noce są węgielnymi kamieniami podróży, królewskimi grami. Dni mogą być gorące lub dżdżyste, nużąco długie i podobne do jedwabnego oka mgnienia, wesołe i monotonne ale ich niespodziankom pątnik przeciwstawia się w stanie czuwającym. Kroczy bezbronny, wystawiony na pastwę ciemności. Kiedy zbliża się wieczór, staje się niespokojnym jak cielna łania - nastał czas by iść spać. Ogląda krainę innymi oczyma, lasy przybierają przed przyjściem nocy inne oblicze. Jeśli wieczór jest ciepły, to i lasy wydają się być przyjazne, kiwają mi. Suche skraje boru rozpościerają się jak wabiące rusałki leśne, ale jeśli idą w karpackim gradobiciu mętnymi, obcymi górami, wtedy mgła, poprzedzająca noc na wysokości dwóch tysięcy metrów wzbudza poczucie strachu. Zionie z niej niepewność, zagłada. Byłbym szczęśliwy będąc daleko stąd, przy ludziach, w słonecznym poranku, ale nie można wybierać, pora iść spać, pora szukać sobie dobrego noclegu. Nie obawiaj się bojaźliwy braciszku, do tej pory zawsze spałem i każdego ranka budziłem się! Im mniej zabieram ze sobą w podróż, tym bardziej zdany jestem na łaskę matki natury i niezwykłe przeżycia.

    Kiedy mam namiot, to jestem milionerem, obojętny, nie zwracający na nic uwagi, pewny siebie. Dojdę dokąd mi się spodoba, rozwinę zielony pałacyk, strach z nocy znika. Trzeba tylko dbać o arabskie powiedzenie: Najpierw przywiąż wielbłąda mocno do drzewa i dopiero potem oddaj go pod opiekę Boską. Rozbiję więc i wzniosę swój namiot i polegam zuchwale na miłosierdziu nocy, będzie bowiem długa. Lepiej spać niż w ciemnościach łatać rozerwane płótno, po błoniach z wichrem zgarniać rzeczy, którym narosły skrzydła wietrzne, wykręcać wodę ze śpiwora. Potem dopiero kładę się do snu.

    Namioty są jak przybywający z innych krajów, każdy pachnie inaczej, ale wszystkie wspaniale. Każdy w inny sposób przepuszcza słoneczny blask, ranki maja w nich rozliczne kolory. Dziwne - istnieją ludzie, którzy nigdy nie zasypiali w powietrznym pałacyku. Ubodzy!

    Jeśli mam tylko jedną płachtę, jestem jeszcze nadal bogaczem. Płótno długości dwa i szerokości dwa metry, mały i lekki tłumoczek i nie muszę się obawiać nocy. Leżę pod płachtą i przeżywam dwojaką radość, szczęście bogacza i szczęście banity. Mam dom ale też wiatr i gwiazdy. Jestem jak u Pana Boga za piecem, chociaż w deszczowej aurze nie trzeba mi oglądać się za odrobiną wody. Krople wody w namiocie z podłogą rzecz poważna - wsiąkną do ziemi, teren wyschnie, przestanie padać i gwiazdy znów się pokażą. Wychodzę z pod płachty, na twarz mi tu i tam kapnie z konarów, ale kto troszczył by się o to, czy ciało zostało suche. Niesamowite - na świecie są ludzie, którzy nie zasypiali z oczyma zapatrzonymi uważnie w niebo. Bardzo ubodzy!

    W końcu przyjdą podróże, przy których nie mam niczego. Jestem bez namiotu, bez płachty i przygotowuję się do nocy. Źle jest kroczyć naprzeciw długiej, dżdżystej nocy. Wzrok błądzi po niebie, po chmurach, po gęstwinach. To jest dobre, chmury z prawego południa wieczorem rozpłynęły się, rozpuściły w blednącym błękicie, prędko oziębia się. Noc będzie pogodna i zimna, lecz chłód nie przeszkadza, szybko się do niego przyzwyczajam. Pocieszam się wspomnieniem o Tarasie Bulbie: nocny mróz na Dzikich błoniach rozochocił kozackie kości. Zdejmuję plecak, dzień jest już poza mną. Kula ziemska dokończyła swój codzienny, słoneczny taniec, zatoczyła krąg przed swoją gwiazdą, jej twarz gaśnie, nadchodzi noc. Osobliwe - istnieją ludzie, którzy nie mają plecaka, którzy nie mogą i nie potrafią nosić ze sobą wszystkiego. Czego potrzebują w życiu. Arcyubodzy.

    Łamię świerkowe konary, aby nimi podłożyć śpiwór. Błogosławione kraje, gdzie mogę to w ogóle robić. Jeśli łamię gałęzie w lasach karpackich, jest to tak jak bym wyrywał sobie kilka ostatnich włosów z własnej głowy. Świerkowe łoże w przerzedzonym europejskim lesie - jest to skubanie ostatnich szczecin staremu mężczyźnie z jego ciężkiej pochylonej głowy.

    Przed nadejściem nocy znoszę drewno, przygotowuję wielki ogień, rumuński "foc mare". Błogosławione kraje, które mają jeszcze dostatek drewna dla nocnych pątników! Ogniska zasłużyły na specjalny rozdział, opowiadający o najwspanialszej, migocącej nocnej grze. Ognie są radosne i czyste, godzinami mogę na nie patrzeć, miałbym je pamiętać jak dobrych ludzi. Ciche ognie z trzech polan, u których spałem w Połoninach. Tajne wartownicze ogieńki w leśnych parowach, w skalnych dołach. Pachnące ognie z drzew w południowym krasie słowackim. Pełgające ognie z drewna sosnowego pod wapniowymi ścianami Wielkiej Fatry, pod piaskowymi występami skalnymi w Ścianach Dieczyńskich, które ogrzały i oświetliły kamienie schronienia. Ognie z drewna nanoszonego prądem rzeki Cisy na jej piaszczyste mielizny, zapach ryb, bagien, wolności i słoniny na wierzbowym pręcie, gorący proch stadnin i błoni. Jasne ognie z drewna bobrowych budynków na polskiej Suwalszczyźnie, gdzie do stromych, pustych brzegów głębokich jezior biją przezroczyste wody i nad powierzchnią niesie się krzyk ptaków wodnych. Pasterskie ognie z jałowcowego drewna, z różanecznika i kosodrzewiny w Karpatach Siedmiogrodzkich i w macedońskim Pirinie. Ogień i owoce - kojący, bezpieczny zapach. Żyliśmy w ten sposób tysiące lat, tych kilku lat w kamiennych i betonowych ścianach miasta nie mogą rzucić słodką przeszłość.

    Zasypiam wśród pasterzy u cichych stad, owce beczą przez sen, tu i tam potrząsają głową, ciche dzwonienie, pies poliże rękę obcokrajowcy. Cicho. Wielkie dobro umyka przed słowami, wcale nie dosyć wychwalałbym wszystkie ognie, to najstarsze dobro, które od wieków wygania zwierzę z człowieka, strach z duszy, chłód z ciała. Nie dograłbym się najmigotliwszych ogniowych iskier, wspaniałych i przy tym pożytecznych. Dlatego też ani słowem więcej o nich, mój przemiły braciszku! Ale kiedy tobie znudzą się pierzyny i łóżka, nałóż sobie na głowę szeroki, gwiaździsty kapelusz. Pod takim szerokim kapeluszem zasypiali podczas podróży poeci w czasach odrodzenia narodowego, pod takim szerokim kapeluszem układają się do snu pątnicy z najdawniejszych czasów. Ale kiedy znudzi cię świat, wsadź swój szeroki kapelusz głęboko na czoło! Połóż się pod księżycową skałę, ułóż się na południowym ugorze, ziemia jest sucha i twarda, pod twoją głową pachną korzenne niskie przyległe byliny. Nad takimi noclegami świecą gwiazdy najjaśniej i pełnia lśni jak okno ciemnej barki płynącej po Bałtyku.

    Leżę na błoni i powtarzam sobie nazwy gwiazdozbiorów. Kiedyś znałem je wszystkie i z zadowoleniem uczyłem się o nich, ale dziś widzę, ze nie jest to potrzebne. Również co się tyczy gwiazd - i nie tylko ich - dobrą rzeczą jest w młodości nawet zupełnie nieodzowne znać wiele, lecz jeszcze lepszym jest w starości świadomie zapominać o nieważnych rzeczach. Pozostaje tylko to co ożywia wnętrze. Tak jak dla kwiatów, zwierząt i gwiazd nie są najważniejsze ich nazwy, tak nie jest dla nich ważne, do jakich sztucznych grup ludzie je zakwalifikowali. Wystarczy pod nimi leżeć i "paść" myśli na zielonych pastwiskach, czyny zostawić, by piły w czystych wodach. Słowa dziękczynnej wieczornej pieśni lecą jak srebrne jaskółki.

    Ażeby cię nie zrazić do nocnych podróży - inne noclegi niż te pod gwiaździstym kapeluszem również są wspaniałe! Często budzę się pod gwiaździstym kapeluszem, badam nocne podmuchy wiatru i patrzę na chmury. Również głosy ptaków nocnych budzą mnie, pod szerokim gwiaździstym kapeluszem śpię lekko jak zwierzę przygotowane do wszystkiego, przygotowane szukać kryjówki czy schronić się przed ulewnym deszczem, burzą, niebezpieczeństwem. Wiedz zatem mój wygodny braciszku, iż najlepiej zasypia się na sianie, suchej trawie. Chyba dlatego, że rodzaj ludzki pochodzi z ciepłych, wschodnich stepów. Jesteśmy braćmi koni. Do siennicy, starego strychu na siano z dziurawym dachem pada światło księżycowe. Powietrzem cienko ciągnie się miły zapach wonnego ciepła i świeżej nocy - głębina bezpieczeństwa. Jeśli ci ktoś przed zaśnięciem położy ciepłą łapkę koło karku, tym lepiej, o wiele lepiej, mój wrażliwy braciszku. Stryszek na siano, najwspanialsze połączenie przyrody i cywilizacji, trawy i pomysłowości. Leżę zmęczony, nasycony. Wszystko co miało się stać tego dnia, stało się, jest wykonane. Ostatni głęboki wydech i całym ciałem rozleje się pełny i suwerenny smak odchodzącego dnia, wszystkich jego dobrodziejstw. Zrównoważony smak czosnku i czekolady. Dwa pozornie przeciwstawne zapachy połączyły się w jedwabny sposób.

    Leżę i uważnie słucham: czy nie tańczy ktoś w polu w szarości? Nie tańczy, tylko trawa ucieka przed nocnym wiatrem. Dziwne, że nie wierzę w nocne rusałki z rzeszy traw, przecież wszystko co jest potrzebne dla ich zrodzenia i istnienia, dla ich tańca, jest właśnie pod gwiazdami wszechświata w zasięgu ręki. Nie wierzę w nie tylko dlatego, że oczy ich nie widzą, podobnie jak nie można uwierzyć bez odbiornika w radiowe fale, które są wokół kuli ziemskiej i niesłyszalne również grzmią w cichym, stryszku na siano zalanym światłem księżyca. Potem już cicho spoczywam bez jakichkolwiek myśli, zalewa mnie gnuśność, ciężka i ciepła jak roztopiona cyna. Nie można już poruszyć ręką, zasypianie jest słodkim odejściem. Z lasu przyszła do strychu noc, ciemna siostra czasu. Przyległa do mnie, przemknęła się, nie utrzymam otwartych oczu, nadaremnie przypominam jej słowa Proroka, iż modlitwa lepsza jest niż sen. Uśmiecha się, ma gorące ciało, którym napełnia głębinę bezpieczeństwa. Nadchodzi jej królestwo, władza snu, władza… właaaa…
    Rafał Łoziński

  2. #2
    Bieszczadnik Awatar Anyczka20
    Na forum od
    12.2004
    Rodem z
    Sanok / Dublin
    Postów
    751

    Domyślnie

    Rafał, witamy na forum :D Dzięki za piękne teksty..mozna się rozmarzyć...piękny świat...
    "Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj,
    Jaki spokój można znaleźć w ciszy.
    Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha ..."

    www.anyczka20.fotosik.pl
    www.youtube.com/Anyczka24

  3. #3
    Bieszczadnik
    Na forum od
    01.2006
    Rodem z
    Ziemia Kłodzka lub Wrocław
    Postów
    111

    Domyślnie

    Oto kolejny rozdział p.t. "Gra w wędrowca o lekkim sercu " z książki Karpackie Gry, Miloslav Nevrlỳ

    Twarz moja płonie napięciem, braciszku: najważniejszym i najtrudniejszym jest opisać tę grę. Nieodzowne. Bez jej zrozumienia będą twoje drogi czystym tłuczeniem się po świecie, a dalsze czytanie prawdziwym marnowaniem czasu. Opisać grę wędrowca o lekkim sercu, z lekkimi trzewikami i lekkim tobołkiem. Tłumoczkiem. Najpiękniejszą grę.

    Dobrze jest rozpocząć już w młodości. Nie w dzieciństwie, kiedy nogi bolą i jedynym wspomnieniem z podróży jest kiosk z lodami. Ale w młodości. W czasie, kiedy dusza jest otwarta i pragnąca. Świat przechodzi przez nią jak światło letnie przez witraż w kościele: kolorowo i olśniewająco. Trwale. Na zawsze. Dusza zdolna jest do zachwytu, a kolana są jeszcze elastyczne. Ciało jest koniem, a dusza jeźdźcem i w słonecznym wichrze nad nimi dotąd niezwyciężenie powiewa chorągiew lekkomyślności!

    Czasem widuję takich wędrowców. Młodych i pięknych. Jasnogrzywe, szczupłe dziewczyny. Obok nich kołyszą się młodzieńcy, podobni do norweskiego króla z IX wieku, Haralda I Pięknowłosego. Beztroscy, z plecioną torbą na ramieniu. Nie mają w niej prawie niczego. Pod pachą koc i na nogach sandały. Bądź zazdrosny o ich lekkość. Idą. Dokąd? Gdzie będą spać i co będą jeść? Lekkie dusze! To są prawdziwi wędrowcy.

    Lecz nie tylko oni. Również inni wędrowcy chodzą po ziemi. Tysiące lat. Ludzie różnie ich nazywają w różnych czasach i w różnych częściach świata. Łazęgi, pątnicy, włóczęgi, prorocy, powsinogi, wycieczkowicze, tułacze, letnicy, podróżni, wędrowcy, wałkonie, wędrowni kaznodzieje, mnisi, podróżnicy, wędrowni młynarczycy, piesi turyści, włóczykije, traperzy.

    Idą z jednego miejsca na drugie. Ci najskuteczniejsi nie mają swego domu, reszta rezygnuje z niego po jakimś czasie pielgrzymowania. Niektórzy ludzie podziwiają, drudzy gardzą nimi. Są też tacy, co sprzeciwiają się marnej fatydze, żal jest im podróżujących i ich zmęczonych nóg, pokaleczonych przez upałami popękane kamienie. Siedzą w domach, śpią w gorące popołudnia, piją herbatę czy kawę gryząc arachidowe chrupki. Dlaczego nie? Również to jest piękne. Tylko, że za mało ciekawe, mój aksamitny braciszku! Konieczne jest najpierw całymi dniami włóczyć się po świecie, im dłużej tym lepiej. Dopiero, wówczas uzyskasz głębię i sens piękna cichych popołudni, pełnego wypoczynku, gdy pękanie słoneczników jest jedynym znakiem czasu. Pielgrzym, który kiedyś wyszedł z miasta Tars mówił, że dobrze jest znać wszystko, wypróbować i trzymać się tego najlepszego. Nigdzie nie można więcej zaznawać niż w podróżach, bez domu. Poznanie jest sensem podróży.

    Wydawałoby się, iż nie możliwe jest swobodne podróżowanie, minął czas wędrowców, przytulnych scholarów, tułaczy, wędrownych młynarczyków i zakonników i że zarosły drogi ku stogom, wzdłuż młynówek, do ogrodów klasztornych. Tęsknota za wolną włóczęgą przez kraj pozostała wszak i pokazało się coś innego, nowego, pięknego i groźnego. Turystyka.

    Samo słowo "turystyka" mało znaczy. Pochodzi od słowa "tour", co po francusku znaczy droga dookoła czegoś, obejście, opłynięcie okrążenie. Przechadzka i spacer, przejażdżka i wycieczka. Znaczy również wieżę, zwłaszcza szachową, obrót, koło, obieg, obwód, objętość, zakres, obrys, sztuczkę, szereg, tokarkę, drzwi obrotowe, wyczyn, nadwyrężenie. Ma więc wiele znaczeń, wiele jest również „ turystyk” i turystów”. Długi szereg, zaczynający od tych, na których już leży duch ciężaru, mamony i niewoli, a kończąc na lekkonogich ptaszynach.


    Tych pierwszych nie żałuj. Swoje piętno hańby sami jeszcze płacą: swoją niezdolność zaopiekowania się samym sobą sprzedali biurom turystycznym. Nieszczęśnicy! Karę odpokutowują zaraz, jak to ma być. Latają w metalowych pudłach i sekundy popędzają ich od hotelu do lotniska. Inni podróżują w pływających skrzyniach, mniej zamożni nabawiają się odparzeń w rozpalonych skwarem autokarach. Jedno jest im wspólne: wracają do domu ze swoich podróży bardzo nieodświeżeni, z uczuciem, jakby zmieszali łagodne śniadanie, obiad i kolację w jednym kotle i powstałą bryję wypili jednym haustem.

    Więcej odważni brzuchacze-turyści wsiadają do własnych, najczęściej zaopatrzonych w wybuchowe i śmierdzące silniki maszyn. Duch ciężaru siedzi potem na nich od początku aż do końca. Góry świecą nad nimi w słońcu, lasy na stokach przelewają się w pachnących wiatrach jak morskie łąki, ale nadaremnie wabią, gdyż asfalt przywiązuje ich i ściąga ku ziemi. To nie są prawdziwi wędrowcy, oni podporządkowali się materii.

    Panowie z grubymi łydkami i kudłatymi podkolanówkami należą już do królewskiej klasy turystów. Ciężkich wędrowców. Z olbrzymimi plecakami-grzbietołamaczami i przechodzą przez przyrodę, nierzadko górzystą, solidnie i ubezpieczeniowo. Mieszkają w domkach letniskowych, a ci bardziej odważni i śmiali w namiotach stałych campingów. Lubią towarzystwo sobie równych, rozbrzmiewają i dźwięczą w przyrodzie, łowią odznaki turystyczne, plakietki, dyplomy, odznaczenia. Są solą turystycznej ziemi. Utrzymują wędrowniczą świadomość, sumują kilometry na ściśle zaplanowanych trasach, ich liczby dokądś nonsensowo zgłaszają, a lasy zamalowują tysiącami kolorowych prostokątów, im gęściej, tym lepiej. Ci z najbardziej włochatymi podkolanówkami są posiadaczami klas sprawności, a nawet mistrzami sportu turystycznego!

    Następni, to wodniacy, rowerzyści, alpiniści, taternicy. Wspaniali wędrowcy, tylko, że nie mogą iść wszędzie. Duch wprawdzie mocno i swobodnie wieje, lecz ciało jest przymocowane do wód łódkami, do dróg rowerami, a do skał linami. Nie jest im lekko, wiem to, należałem kiedyś do nich. Podróżnicze, przyrodoznawcze i wysokogórskie ekspedycje nie są już dziś wędrowaniem.. Tony żelastwa, obowiązków, jedzenia i odpowiedzialności uniemożliwiają radość i lekkość. Wielu gatunków turystów nie wymieniłem! A jednak dotychczas są aktualne słowa Ireneusza Smyrneńczyka, iż „Bóg na pewno nie jest tak ubogi, aby każdemu pielgrzymowi nie mógł nadać jego własnej duszy”. Znaleźć własną koncepcję, sens i radość.

    I dlatego, braciszku, będę pisał o tych najlżejszych wędrowcach. O szlachcie, często zubożałej i dzikiej, między turystami. O ptakach wędrownych między wędrowcami.. O tych, którzy jeszcze dzisiaj zdolni są wybrać się w podróż w nieznane góry i lasy z tym, co uniosą, nie obawiając się jak skończy się dzień i jakie będą następne. Wędrują w słońcu i deszczu, bądź w samotności, bądź w towarzystwie, lekko, bez zmartwień. Ubóstwo jest największą swobodą. W ten sposób podają sobie ręce z dawnymi braćmi z towarzystwa świętego Franciszka z Asyżu, którzy w upalnym włoskim słońcu chodzili z czystą myślą, o żebraczym kiju i z powrozem wokół bioder. Jest to prastare wabienie. Już przed tysiącami lat ludzie wybierali się wobec tego wabienia, na pustynie, do najuboższych do najbardziej wolnych krajów. Staroegipski papirus mówi o tym, co ich tam oczekiwało: „Pątnik kroczy pustynią, chleb i wodę niesie sobie na ramieniu, jak osioł swoje brzemię. Kręgi jego pleców są zgięte, a jego napojem jest zwykła woda”.

    U nas nie można chodzić na pustynię, a ci o których będę pisał, chodzą do lasów i w góry. Wędrówka, włóczęga, tułaczka, taka podróż może mieć także inne imię. Gromada chłopców i dziewcząt. Większość krain przechodzą tylko raz. Trudno powiedzieć, czy jest to dobre lub złe, lecz nie rozmywa im tego pierwszego, najostrzejszego wrażenia i nie doznają zawodu, kiedy wrócą. Dokąd dojdą, tam się położą, gdzie im się podoba, tam zatrzymują się. Co znajdą, to zjedzą, namiotów w większości nie noszą. Wielu ludzi gubiłaby taka niepewność egzystencjalna, ale im przynosi korzyść. Niepewność bowiem zachowuje elastyczność duchową i pogodę. Nie znają dnia ani godziny, mało cierpią z powodu chorób, jeśli zmokną, wysuszą się; to jest proste. Są zdani na własne siły i ich dumą jest równowaga między wielodniową samowystarczalnością i jak najlżejszym plecakiem. Dostarcza to pewności siebie, wędrowcy mogą odważyć się na podróż nawet do odległych krajów, dokąd ciężar i wygoda, łakomstwo i ostrożność innych turystów nie puszczają. Ale kłopot polega na tym aby pogodzić samowystarczalność z lekkością, tego trzeba uczyć się bardzo długo! To jest nieodzowne, ponieważ tylko przy lekkim plecaku dusza może upuścić ciało i fruwać nad nim w wietrze i w radości, która jest sensem dalekich, lekkich podróży.

    Komu nie jest dane, nadmiernie włóczy się po górskich lasach! Duch najlepiej lata po górach, kiedy plecak jest tak lekki, że uniesiesz go na jednym ramieniu. Trudno to osiągnąć. Góry są wysokie, lasy głębokie, do ludzi jest daleko i ciało jest wymagające: w ciągu dnia musi jeść a w nocy chce się zagrzać.

    Takie letnie wyprawy doskonalą i wysubtelniają wiele pożytecznych właściwości. Skromność, niezależność, wytrzymałość, przezwyciężenie strachu, przygnębienie ciała i ducha. Szacunek dla ziemi i tubylców. Poznanie kraju tak szczególne, jakby mrówka dotykała go swoimi nóżkami. Podczas wędrówki we wspaniały sposób czas upływa wolniej, rozłoży się na okamgnienia, przez ten czas żyjesz w innych wymiarach. Z jedenastu miesięcy nie zapamiętasz ani jednej dziesiątej tego, co przeżyłeś w ciągu jedynego miesiąca letniej podróży. Całoroczne płytkości i powierzchowności i ich lilipucie dni zapadają w studnię niepamięci, ale studnia czasu kilku letnich tygodni wędrówki pozostaje i przez całe lata promieniuje z ciebie. Owych jedenaście maleńkich miesięcy nie jest zupełnie zmarnowane, można je przeżywać nad mapami. Jak z czarodziejskich orzechów wysypują się z nich krainy, do których skierujesz swe kroki w przyszłych latach.

    Moja twarz ciągle płonie. Ciągle wydaje mi się, iż piękno lekkiego wędrowania opisuję zbyt mglisto, obojętnie, że nie zachwyci cię błogie wyobrażenie takiej podróży. Zostaje ostatnia, najwyższa karta. Czy wiesz, co jest w takich wędrówkach najbardziej upajające, braciszku? Wolność! Porywający prąd swobody od słodkiego porannego łyku powietrza, głębokiego, aż do wieczornego zasypiania, które ogarnie zmęczone ciało jak ciepłe, kudłate zwierze. Tylko podróż daje ci wolność, lekkonoga ptaszyno!

    Nieznany łańcuch górski. Siedzisz na gołym górskim grzbiecie, wiatr dmucha srebrnymi falami. Krokiem tchórza przychodzi wieczór. Ciemno i niepostrzeżenie. Cicho, po cichu. Koło ciebie tylko lasy, oko nigdzie nie zatrzymuje się. Z gór ściekają zielone prądy wysokich grzbietów i małych odnóg, samotność jest zupełna i doskonała. Są takie pasma górskie. Dokąd się wybierzesz? Nigdzie nie ma dla ciebie przygotowanego łóżka, nie ma zamówionego jedzenia. A przecież zawsze wyśpisz się i nie umrzesz z głodu.

    W którą stronę wybierzesz się? Możesz iść dokądkolwiek, jesteś wolny. Do północnych równin podlaskich i stąd dalej ku rzecznym prądom Bugu, Narwi i Biebrzy, lub do południowych stoków aż tam, gdzie Tatry przechodzą na słowacką stronę lub na wschodnie pastwiska Kotliny Podkarpackiej i na zachodnie bory sosnowe nizin środkowopolskich. Wszędzie gdzie pójdziesz, będzie bajecznie.

    Obawiasz się nieznanego, ale masz kryształową pewność, że dom twój jest wszędzie. Nie możesz zabłądzić, wszystko nosisz ze sobą, dokądkolwiek idziesz, tam jest twój cel. Wiatr srebrzyście podmuchuje, oko nigdzie nie zatrzymuje się. Z lasów wieje chłód, gdzieś w nich jest twoje dzisiejsze łoże, jest tam także woda, której się napijesz. Wszędzie oczekuje nieznane. Długo siedziałbyś wśród wietrznych fal z kamieniem pod plecami, ale trzeba się zdecydować, wieczór ubiera się w ciemny kożuch. Wstajesz, chwytasz wiatr nozdrzami. Potem przyjdzie chwila swobody, której nie mona kupić, przyleci jak strzała. Nagle wiesz dokąd pójdziesz.

    Nieznane przed tobą, naprzeciw ciebie biegną tylko tchórzliwe łapki nocy. Słodka, niebiańska chwila wolności.
    Rafał Łoziński

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Takie tam wędrowanie
    Przez Henek w dziale Relacje z Waszych wypraw w Bieszczady
    Odpowiedzi: 260
    Ostatni post / autor: 18-09-2017, 20:42
  2. Takie sobie wędrowanie....
    Przez batmanek w dziale Relacje z Waszych wypraw w Bieszczady
    Odpowiedzi: 29
    Ostatni post / autor: 11-03-2011, 17:17
  3. Wędrowanie a wilki
    Przez yeti w dziale Fauna i flora Bieszczadów
    Odpowiedzi: 35
    Ostatni post / autor: 29-01-2007, 23:36
  4. wędrowanie
    Przez Anonymous w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 15-07-2002, 06:13
  5. Wam na wędrowanie...
    Przez duszewoj w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 8
    Ostatni post / autor: 09-05-2002, 12:05

Zakładki

Zakładki

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •