Ostrzejszą? Ważniejsze? -czyli co tak właściwie?Zamieszczone przez Ezechiel
Bo u mnie z konkretnych rzeczy to: impregnat + termos + samorobne stuptuty (poza tym że najzwyklejsza lumpeksowa kurtka, czapka, rekawiczki, kalesony).
Ooo, to tak ! Choć może ja to nieco inaczej traktuję: jeśli sprzęt jest "cienki" ale z góry to znasz i wiesz jak z tym radzić - to ok. Jak dla mnie wtedy możesz nawet w indiańskich mokasynach (lub jak szerpowie w trampakch po lodowcu).Zamieszczone przez Ezechiel
Frieber odchodzimy od tematu - ale niech będzie:Zamieszczone przez friber
W góry jadę bo je kocham. Bo chcę pooddychać tym co dają, nacieszyć oko, ale także zmieszyć się z własnymi słabościami. Słabością do pokonania może być wyszorowanie osmolonego nad ogniskiem garu, mogą być też nienajlepiej dopasowane buty, może być każdy inny problem napotkany na trasie któremu stawiamy czoła. Tak w tym sensie na każdego można spojrzeć jak na twardziela.
Twardzielem był mój mały kolega z podstawówki którego wziąłem w Bieszczady i spaliśmy w dziczy pod pałatkami (a po wszystkim powiedział że najgorsze było szorowanie gara). Ja sobie też staram na wyprawach wyszukiwać jakiś nowy cel (nie tylko nową trasę). Nie mam się co wstydzić, choć ten przypis "bieszczadnik" po 25 wpisanych postach może trochę przydzielany na wyrost przez system.
To zależy dla kogo. Jeśli chcę się z czymś zmierzyć - to jakaś doza cierpienia może być w to wpisana. No nie żeby od razu planować specjalnie wziąć niedopasowane buty. Ale zawsze na myśli mam Mallory`ego, Tenzinga, Hillary`ego - jaki oni mieli sprzęt, a gdzie na nim doszli ! Gdzie nam do ich normalności (czyt po naszemu: wytrwałości).Zamieszczone przez friber
No ja niestety nie jestem nauczony komfortu (choć z drugiej strony bywa ze mnie straszny leń). Pewnego poziomu komfortu nie cierpię.Zamieszczone przez friber
No tak - cholewka do kostki - to chyba jeden z niwielu standardów którego się trzymam.Zamieszczone przez friber
Ale skarpety? Przy dzisiejszej technice butów- to nie te sztywne skóry co ileś lat temu. Też kiedyś się bawiłem w wełnianie skarpety, a na bardziej wysiłkowe trasy brałem "doping" w postaci czekolady itp. Ostatecznie jednak stwierdzam że chyba wszystko (w naszych warunkach) można osiągnąć przy użyciu standardowych środków odpowiednio wykorzystywanych. Nie bawię się już w wełniane skarpety, wystarczają mi zwykłe kanapki na trasę.
No pisałem wcześniej - moja pierwsza wakacyjna wyprawa (choć poza Bies-ami) właśnie tak wyglądała: trzeciego dnia zdarte do krwi paluchy - a i tak się ścigaliśmy z kolegą przez kolejny tydzień po trasie kto szybszy. Konsekwencje? ...eee tam, podleczyło się szybko. Wspomnienie, ot co.Zamieszczone przez friber
A jeszcze jedno co do cierpienia na trasie: wg mnie umiejętność cierpienia = bezpiczeństwo.
Np. jeśli wezmę 25kg na plecy bez używania pasa biodrowego = mogę wziąć 35 kg używając ten pas. A to już może znaczyć że wespół zespół w razie potrzeby można odciążyć na szlaku towarzysza w potrzebie. Lub jeśli umiesz wytrzymać dłużej w niewygodnych butach to gdy kogoś na szlaku zaczną obcierać jego własne buty to możesz spróbowac użyczyć własnych być może wygodniejszych, a pójść w jego mniej komfortowych. Tak ja myślę.
pozdrawiam


Odpowiedz z cytatem