Bo u mnie z konkretnych rzeczy to: impregnat + termos + samorobne stuptuty (poza tym że najzwyklejsza lumpeksowa kurtka, czapka, rekawiczki, kalesony).
Dodałbym folię NRC i komórkę. Dyskutowałbym nad butami. Jednak zimą adidasy to zły pomysł. Czekolada jako awaria też dorzucona. Na większość tras w izolowanych częściach B. wnioskowałbym o kijki i płachtę biwakową. Na połoniny ukraińskie wziąłbym gogle. Myślałbym nad latarką.

Jednym słowem - Twój wariant nie zakłada zawiasu bezpieczeństwa. Głupia śnieżyca na połoninie i bez gogli robi się krucho. Świeży opad śniegu i bez latarki zaczynasz loterię. Głupi uraz, konieczność czekania na pomoc - bez NRC i płachty liczysz na umiejętności i szczęście.

Potrafię zbudować jamę śnieżną. Potrafię rozpalić ogień i przetrwać w niej noc. IMHO zakładanie, że to samo mi się uda w stanie postępujacej hipotermii jest ruletką.

Twardzielem był mój mały kolega z podstawówki którego wziąłem w Bieszczady i spaliśmy w dziczy pod pałatkami (a po wszystkim powiedział że najgorsze było szorowanie gara). Ja sobie też staram na wyprawach wyszukiwać jakiś nowy cel (nie tylko nową trasę).
Rozumiem turystów-minimalistów, choć nie akceptuję ich kryteriów. W górach idę z zapasem bezpieczeństwa a nie na jego granicy. Nie jadę w góry walczyć z butami. Jeśli muszę, to trudno, poradzę sobie.

Wbrew temu co myślisz posiadany sprzęt powiększa możliwości i granicę bezpieczeństwa. Nie wszystko jest kwestią woli.

Są w zimowych B. kawałki, których bez kijków bym nie ruszył. Są okoliczności, gdy glukoza była niezbędna. Jeśli nie mi, to kolegom.

Reasumując. Nowoczesne materiały nie są niezbędne, ale i nie są zakazane. Nie zamienię mojego polaru na wełniaka. Umartwianie się mnie nie kręci.

W przeciwieństwie do Twoich idoli, ja po wyjeździe zimowym muszę wracać do studiów. Nie mam komfortu szafowania swoim zdrowiem. Nie mam ochoty na pobyt w szpitalu.