Piątek. Deszcz. Plucha

W tych trzech słowa można zamknąć ropoczęcie wyjazdu. Choć byłoby to prawdziwe, to jednak nie oddawałoby całości atmosfery "powrotu do domu". Jak zwykle odwiedziłem muzeum, jak zwykle zjadłem gołąbki, jak zwykle wypiłem herbatę u Franciszkanów.

Dobrze mi było w Sanoku!

Drobne przyzwyczajenia, charakterystyczne dla miasta i okresu podróżnego stanowią niejako wstęp do głównego dania. Pobudzają apetyt, pozwalając jednocześnie dostrzegać inne strony Bieszczadów.

Można od razu z pociągu pchać się w góry, zaliczając "obowiązkowe" trasy. Można też góry dawkować sobie po kawałeczku, chłonąc atmosferę i odkrywając coraz to mniejsze pasemka i zakamarki. Są ludzie, którzy w życiu nie zejdą z oznaczonej trasy, są też tacy, dla których szlak zaczyna się tam, gdzie ona się konczy. Choć prywatnie wolę Bieszczady raczej smakować niż pożerać, rozumiem nienasyconych.

W księgarni kupuję książkę o Łemkowszyźnie. Troska o zachowanie jej w suchości będzie głównym refrenem wyjazdu.

Autostop, przez Baligród, do Cisnej. Leje. Zaczynam poważnie martwić się o wyjazd. Śnieg mnie nie wzrusza, wiem, czego mam się spodziewać. W koncu dla owego śniegu i przygody jadę w góry. Śnieg kusi swoją dziewiczą bielą, dopiero po złożeniu na nim pierwszych pocałunków stóp można zacząć go kochać i nienawidzić.

Cisna. Chłopaków nie ma. Leje. Siedzę pod daszkiem, nie mając ochoty (ani pieniędzy) na jakieś inne lokale. Czekanie się dłuży. Dłubię w gratach, w nosie i w myślach. Czas wlecze się niemiłosiernie. Kolejni ludzie mnie mijają, a ja zarastam mchem.

Wreszcie 17. Wchodzę do sklepu i kupuję ostatnie jedzenie przed wyjazdem. Jakaś kiełbasa, sosy, makaron. Zgodnie z przewidywaniami sklep w Cisnej był dobrze zaopatrzony, więc wolałem dać zarobić sklepowej nie zaś Tesco w Gdyni.

Wychodzę ze sklepu i widzę dwa wielbłądy. Jakieś znajome garby i pyski. To już Kaszan i Pendzel.

Idziemy na wejście na szlak. Po drodze jakiś miejscowy żegna nas wymownym gestem, jakby żegnał się z umarłymi. Niestety gest okazał się proroczy ;-)

Navigarre necesse est...