Kiedy czytam co Szymon robi wraz ze Stowarzyszeniem Magurycz to często aż mnie ściska w gardle ze wzruszenia. Naocznie widzę ich pracę gdy tak chodzę po Bieszczadach i patrząc na ich dzieło myślę o nich jak o lekarzach starych cmentarzy, jak o uzdrowicielach kapliczek i krzyży. A przecież tyle jeszcze ich jest do „wyleczenia i uzdrowienia”.
Czasami Szymon wpadnie do nas na Forum… powie co chce zrobić, co go boli i znowu zniknie. My przeczytamy, przytakniemy i… cisza.
Cisza taka jak wokół właśnie tych starych cmentarzy, kapliczek, krzyży i pustych cokołów. Te budowle lubią ciszę ale czy lubią jak mijający czas zabiera je po kawałku, jak drewniane krzyże ze starości upadają w wysoką trawę, jak czas zapomnienia znaczy ich byt wysokimi zaroślami i kępą drzew na jakimś wzniesieniu.
Ci co chowali najbliższych odeszli, zostali wywiezieni, sami gdzieś już leżą pochowani… Ci co stawiali figurki i krzyże na cokołach, często w ramach podziękowania, też już odeszli. Zostali tylko żywi, którzy nie mają już tego ich(!) sentymentu do tego co zostało. A zostało!
Kiedy tak czytałem miesięcznik Bieszczady pomyślałem sobie… czy jednak możemy coś pomóc? Stowarzyszenie „Magurycz” sporo robi, mieszkańcy wsi i miasteczek w Bieszczadach też się starają.
Czy my ludzie kochający Bieszczady też możemy w tym dziele odbudowy wspomnień mieć swoją cząstkę?
Stowarzyszenie „Magurycz” ma zapewne jakieś konto bankowe, my możemy mieć „miejsce ciszy”, które wskażemy do ocalenia. Nie każdy przecież ma chęć, czas i zdrowie do bezpośredniej pomocy, ale chciałby jakimś „grosikiem” wspomóc wspólną akcję.
Do niczego nie nawołuję, do niczego nie namawiam, raczej chciałbym dać temat do dyskusji nad moimi przemyśleniami. Jeśli zapadnie cisza to też nic się nie stanie… w ciszy nawet ten post może umrzeć.