Z tej całej dyskusji oraz z własnych obserwacji wynika, że:
- w Bieszczadach wyścigi szczurów są fajniejsze, bo nie odbywają się w zatęchłych kanałach firmowych, a na tle zielonych pagórasów i wśród ptastwa śpiewu. Tedy zazdroszczę Lucynie;
- dopływ młodego aktywu do armii taszczącej wory po perciach i zaroślach górskich nie ustaje, a to w wyniku działania tych co zwykle procesów pedagogicznych i społecznych;
- prawdopodobieństwo znalezienia w górzystych rejonach RP magicznego ogniska z gitarzystą, kobietami i śpiewem jest nadal równe 1. Sprawdzicie to sami

Te trzy pewne stwierdzenia nastroiły mnie niezwykle pozytywnie do dyskusji, jej uczestników, a także, szerzej, do całego świata. Postanawiam więc zawieźć ten nastrój w góraski jak najszybciej i nosić go sobie w klapie plecaka. Żeby było łatwiej sięgnąć w razie potrzeby :)

Ponadto wiadomo, że należy:
- założyć Związek Kombatantów Górskich;
- ustawowo nakazać zatrudnianie kombatantów należących do ZKG w grupach młodych adeptów wlokących się po górach, ale bezwarunkowo trzymając się zasady - jeden kombatant-dwie adeptki. Adeptom przydzielić po trzy kombatantki;
- bezzwłocznie udać się w góry w celu liczenia ukrytych w krzolu i jarze plecakowiczów; wyniki opublikować w jednym z pism o zasięgu światowym, np Journal of Bush Tourism, albo Hardcore Walking;
- zawsze jeździć w góry.
Powtarzam - zawsze jeździć w góry....