Pożegnaliśmy się z Denisiukami i pojechaliśmy do centrum. W Siekierezadzie przy wyczarterowanym stole siedział Rysiek w towarzystwie dwóch młodzieńców. Rozmawiali o poezji. Zapytałem, kiedy ukaże się nowy tomik wierszy. Ukaże się na Bieszczadzkie Anioły. Stolik będzie czarterował tak długo, aż mu synkowie nowy Pavulon postawią ma być zdecydowanie większy. Zastanawialiśmy się z Barnaba po wyjściu, czy większa będzie część sprzedażna, czy większa będzie część dyskusyjna. Potem zakupy w Samie i w drogę do chatki. Droga przed chatka pozastawiana z obu stron drewnem. Potok porozjeżdżany, drzew mniej, ale chatka taka sama jak ostatnio, czyli 14 albo 18 lutego. Znosimy z Barnabą urządzenie kulinarne. Zajmuję się jego montażem. Barnaba mi w tym dzielnie pomaga i jeszcze bardziej dzielnie je krytykuje. Chyba ma trochę racji… ale co mi tam jak się nie sprawdzi można rozmontować. Jakby ktoś z Was je rozmontowywał niech uważa na tylne mocowanie śruby są od zewnątrz i od wewnątrz kominka. Potem śniadanko, czytanie wpisów /malo się nie popisał – napisał malo oj malo/. Próba połączenia się z SG się nie powiodła. Chyba Giermańcy kabel pocięli. Spacer po polach i po lesie zdjęcia. Czas na powrót. Barnaba chce, aby go zawieźć do Rzeszowa na sznelcug do Pyrlandii. W drodze do szosy informuje Go, że chciałbym jeszcze obejrzeć to, co zostało z Wodospadu na potoku Czartów Młyn. malo napisał, że go nie ma. Barnaba aczkolwiek niechętnie, ale się godzi. Zajeżdżam w to samo miejsce, w którym ostatnio spotkałem się z Barszczem. Zostawiamy Karawan i w drogę. Stan wody w Wołkowyjce tak niski, że butów zdejmować nie potrzeba. Idziemy wzdłuż potoku. Widać, ze musiała tamtędy iść Duża Woda. Brzegi wysoko podmyte i sporo powalonych drzew. Dochodzimy do miejsca, w którym wydawało mi się, że byłem w październiku z Barszczem. Istotnie wygląd identyczny z opisem malo. Pstrykam kilka fotek /niestety teraz wiem, że niewiele się udało/ pomimo mojej sugestii aby pójść wyżej, Barnaba mówi że tam już nie może być wodospadu. Wkurzony, że takie urocze miejsce natura sama zniszczyła wracam z synem do karawanu. Tym razem schodzimy potokiem. W Polańczyka obowiązkowa kawa u Pana Leszka. Kawa i muzyka jak zawsze wspaniała. Później wpadamy do Zdzicha Pękalskiego. Ten Gawędziarz przez duże G nie chciał nas wpuścic. Pokazywał Galerię i Pracownię. Później już tylko pierogi w Smaku /Anyczka się nie stawiła – usprawiedliwiona/ i podróż do Rzeszowa.


Odpowiedz z cytatem