Dzień Trzeci!

Trzeciego dnia Wojtek z Agą obudzili mnie baaardzo wcześnie, zbyt wcześnie. Pospałem sobie jeszcze zwinąłem bajzel, po bimberku i heja poszedłem poprowadzić moją kolonię przez Bieszczady. Do Cisnej zabrał mnie jakiś miły Jegomość, którego imienia nie pamiętam- pewnie przez zalegający bimberek. W Cisnej ekipa już była. Grzechu, jego kuzyn Marcin, jego dziewczyna Milena, Dugi i jego dziewczyna Monika, jej kolega Mateusz, Anka i Tomasz. Już w Poznaniu wiedziałem że zbyt wiele tego jak na moje słabe serce :)
W Siekierach znaleźliśmy dla siebie trochę miejsca, kupno piwa naraziła moją cierpliwość na duuużą próbę. W końcu wyruszyliśmy na Łopiennik. Czułem jak z każdym krokiem uchodzą ze mnie wczorajsze i dzisiejsze gramy trunków wszelakich.
Na Łopienniku było średnio, ot uwaliliśmy się na trawie, popijaliśmy piwo i drzemaliśmy sobie.
PRZYGODA, jak to ja, jeszcze nigdy nie zszedłem z Łopiennika do Łopienki szlakiem., nawet już się tym nie przejmuję. No niby czym się przejmować skoro było pięknie? Najpierw strome zejście w dół ok 20 minut, a następnie postój w jarze przy potoku. Spojrzałem na mapę, stwierdziłem, że przechodzenie przez kolejne jary mija się z celem. Wspólnie zadecydowaliśmy, że idziemy potokiem. Po 2 godzinach wędrówki sytuacja zaczęła nas przerastać: potok znacznie zyskał na sile, a brzegi jaru były co raz to bardziej strome, ekipa zaczęła się rozciągać. Ale przecież było tak pięknie.... Na postoju stwierdziłem, że na każdym potoku prędzej czy później jest jakiś most, a na moście droga, która gdzieś prowadzi. Kolonia zaczęła kręcić nosem, jedynie Mateusz był wniebowzięty. Część stwierdziła że lepiej wydostać się z jaru i iść górą- zniknęli niespostrzeżenie. W pewnym momencie potok przecięła droga leśna. Zebraliśmy się, i okazało się że nie ma Dugiego i dziewczyny. Zaczęło szarzeć, kropić, ale było tak bardzo pięknie. Z boków jaru biła woda, piękne powalone kłody- już bez wartości opałowej, ale tak cudownie porośnięte mchem.... Dugi z Moniką woleli tego nie widzieć, i tylko cha się tym nie przejmowałem. Marcin zaczął mieć do mnie pretensje, że wyrżnął nogą w kamień.... jakoś tak niezdrowa atmosfera była. Było PIĘKNIE.
Podjeliśmy decyzję, że idziemy do Łopienki do bazy- może tam będzie Dugi ze swą lubą.