Następnego dnia trzeba trochę popracować. Cel pierwszej połowy dnia - kirkut. Trzeba napstrykać trochę dokumentacji bo Fundacja Ochronu Dziedzictwa Żydowskiego chciałaby by zobaczyć jak wygląda nas temat. Zostawiłem plecak u gospodarza obok kirkutu. Tylko na godzinkę. Oczywiście wróciłem po trzech godzinkach pstrykania. Dwie klisze wypstrykane a teraz problem - co tu wybrać żeby wysłać do Fundacji. Jak ja nie cierpię wybierać!!! Za komuny wszystko było proste - brało się co było. Fotki umieszczę na "Renowacji cmentarzy". Przed 15-tą jeszcze rozmowa w gminie, no i w końcu można zająć się problemem...

Ruszam w kierunku Stężnicy ok godz.16tey. Szczęśliwie łapię stopa do PGR Stężnica. Kilka kilometrów z głowy in plus.
Od Stężnicy zaczyna się właściwe badanie problemu. Pierwszy odcinek to kontrola przyjętej metody pomiaru.
Jako metodę pomiaru będę przyjmował mierzenie odległości poprzez liczenie czasu przy utrzymaniu stałego tempa 6km/h. Przy braku profesjonalnych przyrządów to wg mnie najpewniejsza metoda (lepsza niż mierzenie krokami), o ile umie się utrzymać stałe tempo. Chociaż wiem że nie sprawia mi to zasadniczo problemu, to właśnie na odcinku od Stężnicy trzeba zrobić kontrolę tempa - bo to ostatni pewny odcinek o znanej odległości.
Na dwóch odcinkach skrz. PGR Stężnica - przeł. n/Stężnicą oraz przełęcz n/Stężnicą - zakręt drogi przed Wys.Skałą tempo pod górę przy pełnym obciążeniu wychodzi 5,4km/h. Czyli wszystko w porządku - bez obciążenia, bez większych górek tempo 6 będzie utrzymane, a w razie czego błąd będzie się mieścił do 10%. To w zupełności wystarczy do rozstrzygnięcia problemu, w którym problem tkwi czy wdsp Cz.M jest 1000 czy 1250m od Wołkowyjki.

Niestety na podejściu w rejon Wys.Skały i Lipowca zaczyna padać. To ten deszczyk który wczoraj zobaczyłem na icm.edu. Na progozie wyglądało że to tylko lokalnie w górach. Więc może niedługo pokropi.
Na razie póki co nie zmoczyło za bardzo lasu wybieram złapać co szybciej nieco suchej gleby i rozbić ekspresowo pałatki. Później pomyślimy jak dalej gryźć problem.
Zatrzymuję się w lesie przy drodze na początku jakiegoś bocznego jaru, który będzie schodził do głównej doliny. Tu się rozbijam.
W pałatkach czekam aż przestanie lać.
0,5 h - leje
1,0h - leje, więc to nie tak całkiem przejściowe, i jak tu zająć się problemem?
1,5h - leje,
...ale następuje "luka", tzn. tylko kapuśnaiczek.
Więc łapie jeszcze nieco światła ok. 18.30 i idę w problem z odległościomierzem (stoperem), kopmasem i aparatem. Każdy główny zakręt i kaskada na potoku to - pomiar azymutu i czasu przejścia. Przy kaskadach fotki. W tym na tej najładniejszej górnej kaskadzie. Później się okaże że z tych wieczornych zdjęć (+zachmurzenie) fotograf nic nie wywołał (może jeszcze inny spróbuje coś na siłę wyciągnąć).
Schodzę bocznym jarem -przy którym się rozbiłem- do głównego ciągu. Dalej głównym ciągiem w górę do górnej kaskady. Od niej powrót w dół i w dalszą część potoku. Mijam i fotografuję znajomą kaskadę wys.1,8m z "kwadratową kuleczką" - wg mojej poprzedniej opini teraz jestem na miejscu zaznaczenia sygnaturki "wdsp". Cała robota będzie miała to zweryfikować.
Schodzę dalej potokiem poniżej - tam gdzie dotąd jeszcze nie byłem. Powinienem teraz wejść na odcinek, na którym Zosia_samosia ustrzeliła dwie kaskady. Znajduję je - są. Chociaż nie mam ich wydruków, ale fotografuję i zapamiętuję: pierwsza - mała kaskada, druga - "trójschodkowa", trzecia - "dwuprzepłuwowa" (druga i trzecią Zosia_samosia pokazała na watku "Dwie kaskady").
Powoli serce podchodzi pod gardło - zaraz powinien być duży wodospad.
Patrzę na stoper - jesli dobrze się uprzednio upierałem - to powinno byc już za moment.
Po trzeciej kaskadzie jest ok. 1,5 min od ostatniego zejścia potoków. Brakuje jeszcze 0,5-1min. To już za chwilę! Choć widać ok 100m dolinki, to jednak powinno być za najbliższym załomem za 20metrów. Jest! ! ! ! Ufff...
Faktycznie - to praktycznie skalna ściana z której spływa woda.

Szkoda teraz czasu na podziwianie - zmierzch niedługo, a ja w głębokich ciemnych jarach. Krótka konstarnacja: czy mierzyć dalej do Wołkowyjki i ścigać się ze zmierzchem ryzykując że zabraknie dnia na odnalezienie bocznego jaru gdzieś w górze i dotarcie do pałatek? Czy bezpiecznie wrócić po widnemu, ale bać się że jutro nie wystarczy pogody na dokończenie pomiarów? Zerkam to na zegarek, to na stoper (jedno i to samo urządzenie). Kurna, jak ja nie cierpię takich momentów. Wóz albo przewóz. A pierdykam to.... idę dalej w dół, najwyżej jak zbyt szybko się ściemni, to będę szukał przeżycia w dole rzeki.
Teraz ostateczne rozstrzygnięcie: odległość od wdsp Cz.M. do Wołkowyjki ! ! !
Kolejny raz tego dnia z sercem pod gardłem -żeby tylko za szybko nie zmierzchło- idę stałym tempem. Najchętniej przeleciałbym to 3 x szybciej, ale nie mogę. Pomiar musi być precyzyjny na ile się da.
Z mapy pamiętam że miała byc równoległa droga do potoku. Szczegółów na mapie już nie widzę bo już jest za ciemno. Zresztą idę i tak na Compassie... teraz widzę że na nim i tak nie ma tej drogi, w którym miejscu by się zaczynała? Ale w pewnym momencie zatrzymuję stoper, wygramolam się na na skarpę - jest droga ! Teraz pójdzie łatwiej trzymać tempo niż po kamieniach potoku. Droga przeskakuje na drugą stronę potoku, potem jeszcze raz powraca. Czas... zerakam na stoper. Wychodziłem o 00:33:54. Już ósma, dziewiąta, dziesiąta minuta. Już powinno być... chyba?
Jest...? Jakaś droga. Z mapy myślałem że to raczej stary asfalt będzie... hmm. Po prawej jakiś wiekszy plac, po lewej zwykła leśna droga wchodzi w gąszcz. Czy to to? Są dwa brody - a ja między nimi. A ta rzeczka... kręci nieco ale płynie już wyraźnie na północ. Więc to chyba już Wołkowyjka. Patrzę na zatrzymany właśnie stoper: 00:44:15, czyli 1035m od wdsp Cz.M. do Wołkowyjki. Moje na wierzchu ? ?
Nie ! Przynajmniej dopóki nie odnajdę przed nocą pałatek. Dopiero wtedy będziemy "w domu".

Teraz powrót i drugi kontrolny pomiar. Wracam a tu nagle po 200m wyskakuje mi jakiś turysta. O kurde! Jak szedłem w dół to go nie widziałem, a teraz znalazł się pomiędzy mną a wodospadem. Wyszedł z bocznej drogi. Krótka rozmowa: "Cześć" "Cześć" "Ja szukam tu kolegi, poszedł do wodospadu, ale zgubiłem go" "Ok, możesz iść ze mną, ale ja muszę iść równym tempem" "W porządku, więc lecimy". Drugi kolega znalazł się przy bocznym jarze, który schodzi spod Wys.Skały: "Szukałem tu wodospadu ale nie znalazłem". Zerkam na stoperodległościomierz: "No bo jesteś ok. 300m za blisko, więc lecimy dalej".
Przy ponownym podejściu do wdsp Cz.M. zejście z drogi do jaru było... hmmm... zrobiłem krok i znalazłem się 10m niżej. Nie było sensu zatrzymywać ześlizgu predzej niż na metr przed potokiem. Wodospad - ponowny pomiar: 00:54:14, czyli 998m. Różnica w pomiarze 4%. Więc wszystko Ok, jak na odręczne warunki całkiem znośne odchylenie.

Teraz już tylko odszukanie bocznego jaru i odszukanie pałatek. Byle szybko bo coraz większy mrok, po drodze jeszcze stop klatki pomiarowe na stoperze przy głównych zakrętach, żeby dla pewności zdublować pomiary.