No to lecim - wybaczcie że będę się streszczał, ale więcej bedzie można przeczytać u mnie na stronie. Teraz tylko wrażenia na gorąco.
Zacznę od tego, że jak dojechałem na miejsce przypomniałem sobie że nie zabrałem kurtki przeciwdeszczowej, jednak co mi tam - liczyłem na dobra pogodę, i nie przeliczyłem się
Do komańczy dojechałem nie jak zawsze koleją, a PKSem - przyznam że lepiej jechac PKSem - ładniejsze widoczki są. Bardzo malownicza trasa. W Komańczy byłem ok 16.00 - teraz do sklepu po prowiant i na szlak. Ku przygodzie.
Docieram do Duszatyna - przy barze tylko 2 samochody (mnie to cieszy - właścicielkę mniej) jedna rodzina, i chyba 6 osób podpitej młodzierzy z Rzepedzi. Siadam, zamawiam piwko bo duchota straszna, i deszcz wisi w powietrzu. Zamawiam też pierogi (bardzo mi smakowały) i wdaję się w miłą dyskusję z właścicielką baru, jej córką, i siedzącą już rodziną turystów. Miło się rozmawiało, więc zamawiam drugie piwko. Po chwili przychodzą właściciele drugiego auta. Poszukiwacze militariów. Właścicielka opowiada jak w zeszłym roku koło baru stał zaparkowany samochód przez pół roku. Okazało się, że gość poszedł w góry, w miedzyczasie zbzikował (może od nadmiaru wrażeń) i nie odnalazł samochodu a następnie trafił do zakładu dla osób chorych. Najważniejsze jest że po ok pół roku udało się ustalić właściciela i miejsce jego pobytu. Z poszukiwaczami wdałem się w dyskusję na temat sprzętu itp. informacji technicznych. Wymienilismy się miejscówkami. W międzyczasie zamawiam kolejne piwo, no ale trzeba mi ruszać. Patrzę na zegarek 19.00 z hakiem. No to nogi za pas i pod górę. Chcę zdążyć jeszcze przed zachodem na Jeziorka Duszatyńskie. Na jeziorkach jestem po 20. Naprędce robię kilka zdjęć, ale warunki są już trudne. Za ciemno.
W planach miałem wejście na Chryszczatą i zanocowanie tam, jednak nie docieram na górę. Rozbijam się gdzies po drodze w lesie.



Odpowiedz z cytatem