Świat zaludniają jednostki
Henry David Thoreau
Dzień drugi.
Poranek! Godzina 6 z minutkami paroma. Moja cierpliwość się skonczyła. Ileż można leżeć w śpiworze, obracać się na boki, wiercić, kombinować.... nawet całkiem zakrycie się i ściągnięcie sznureczka.... no nic. Po nogach telepie i spać nie daje. DOŚĆ! Wylazłem i po chwili dzierżąc topór mój cudowny szukałem rozgrzewki w lesie. Nieopodal, jak gdyby nigdy nic stało sobie drzewo, na moje mieszczańskie oko- iglak, ale bez igieł. Może świerk? No jak świerk bez igieł to suchy. Pewnie stukot mojej siekiery po za Browarem i Teodorem nie zbudził nikogo w lesie. Siekiera, moja wierna towarzyszka wędrówki w mig mnie rozgrzała, a łomot opadającego pnia wywołał we mnie pewne podniecenie. A niech to! Moje przewidywania okazały się liche, i znów mnie życie zaskoczyło- drzewko oparło się o jabłoń.... Do 10 było mi już całkiem ciepło, i gotowe były 3 spore odziomki i cała masa chrustu. Na śniadanko dostało mi się w udziale zupy z tradycyjnie już wspólnego gara. Po śniadaniu wspólnie dokończyliśmy przerabianie świerka.
Udałem się na Jeziorko Bobrowe i Huczek. Dość mało ambitna trasa, ale dobrze zrobiła w oczy. Jeziorko zamarznięte, pokryte śniegiem i w ogóle wszędzie biało.
foto 1 foto 2 foto 3 foto 4 foto 5 foto 6
Droga na Huczek niby banalna, ale ileż radości miałem kiedy zobaczyłem to co było widać!!! Zima, brak liści, mimo chmur znośna widoczność... no nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił paru zdjęć!
foto 7 foto 8 foto 9 foto 10 foto 11 foto 12 foto 13
Po powrocie na miejsce naszą szczególną uwagę zwrócił pewien zielony maluch. Napierał drogą to w jedna, to w drugą stronę, przystawał, obserwował....
Po południu wybraliśmy się do Cisnej. Gwoździem programu miały być zaduszki organizowane w Atamanii. Byliśmy wcześniej, ze średnim entuzjazmem zorientowałem się że prawie wszystko pozamykane: kiosk z pocztówkami i ładną ekspedientką, gs, poczta... W sklepie ciężko było nabyć nawet jabola, w końcu się udało- będzie grzaniec na wieczór (przypraw już nie mieli). Tak jakoś się stało, że wylądowaliśmy w Siekierach. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu atmosfera bardzo mi odpowiadała. My, Bodzio Sikorka, jakieś trzy sikorki ot i cała klientela. Chyba słusznie Bodzio stwierdził, że trzeba przyjechać w Bieszczady, aby zobaczyć przy stole 3 brodaczy jednocześnie. Miał rację, czy nie dobrze nam się gaworzyło. Od dawna narastała we mnie chęć wypicia wina grzanego w Siekierach, tak wieczorem, tak po ludzku, na spokojnie. Nigdy nie miałem okazji, bo albo tłok, albo daleko... no udało się! Mówcie co chcecie, ale pusta, cicha Siekierezada po zmroku nie ma sobie równych. Po chwili doszli szanowni tubylcy, a po paru kolejnych Bertrand (mimo że bez brody i czerwonego nosa chyba też tubylec hyhy) Ludzi to przybywało, to ubywało ale trzeba było iść obadać co u Ryśka w Atamanii.
Sprawa wyglądała tak: przed lokalem rozpalone było ognisko, ustawione ławki, głośniki.... W środku ludzie siedzący na wszystkim co bardziej lub mniej poziome i w stanie utrzymać dupska, sporo stojących, łażących i Wodzirej Rychu Denisiuk z krówką w ręce, polewał płyn, ale głównie chyba tylko sobie- delikatnie mówiąc, tego wieczora nie wnosił nic pozytywnego. Przez ogólny gwar próbował przebić się pewien koleżka, pięknie śpiewał, super grał na gitarze, siedziałem na splunięcie od głośnika, tom słyszał dokładnie. Reszta gawiedzi gapiła się chyba po ścianach i z irytacją spoglądała to co zachodzi, co by nie było chyba jako jeden z nielicznych byłem świadkiem kunsztu i zaparcia młodego artysty, reszta najzwyczajniej w świecie miała to w dupie. Prawdziwa cisza zapadła kiedy Krzychu zaczął częstować bigosem! Całe tałatajstwo, ja też, zaczęliśmy rozkoszować podniebienie bigosem chyba w obawie się ozor przygryzie nastała cisza. Puszczono nagrania, ładne to było i znane.... Kiedy ciszę chciał przerwać Wodzirej, został przegoniony a gwar powstał na nowo, kiedy skończył się bigos. Wspólnie z Browarem pożegnaliśmy Bertranda, Gospodarza (co by nie mówić to postarał się, i chwała mu za pomysl), gdzieś przepadł Łysy z Czarnej, Asiczka, a reszta stanowiła dla mnie paletę nie znanych twarzy- nie witałem się z nimi to i bez pożegnania poszliśmy do baru ze stołami przebitymi siekierami. Piwko gładko spływało do brzuchów, a naprzeciwko dość przykry widok siedzącego Burego Wodzireja obok 3 sikorek wyraźnie mających dość gadania gdzie on to nie ma Szocińskiego, Atamanię i co on nie zrobi.... Z pewną satysfakcją wspominam siekiery tej nocy, acz bez większego żalu zrezygnowaliśmy z dalszego udziału w Atamańskich zaduszkach.
foto 14 foto 15 foto 16 foto 17 foto 18 foto 19 foto 20 foto 21 foto 22 foto 23
Na miejscu noclegu było już dość zimno, migiem jednak w kominku zaczęły strzelać płomienie, a na klocach drewna posadziłem menażkę z grzańcem. Przyprawa znalazła się na miejscu, została po moim przesiadywaniu z Wojtkiem. Zaduma, zagapienie się w kominek, w żar, przerywana rozmowami, opowieściami.... Kolejny dzień przechodził do przeszłosci, zapadała bieszczadzka noc, pełna niespodzianek, choć może dla bywalców do przewidzenia. Ale nie tu i nie teraz o tym. Dobranoc.
foto 24 foto 25 foto 26 foto 27 foto 28 foto 29 foto 30 foto 31


Odpowiedz z cytatem