Kolejny dzień ….


Wiem że teraz mógłbym zastosować numerację dni, ale wtedy zaczynałem tracić poczucie kalendarza…. Eh ten las! Rankiem zrobiłem sobie herbatę, taką dobrą z miętą, posiedziałem, połaziłem…. Gospodarz poczęstował mnie ciepłym jeszcze mlekiem, a ja (mieszczuch jeden) sobie obserwowałem jak budzi się życie na gospodarstwie. Po śniadaniu zaczęła się praca. Najpierw z Maguryczem wytyczyliśmy ścieżkę do 3 ciekawych macew. Ja tam się nie znam, ale Szymon był nimi zachwycony…. Potem do południa pomagałem w dokładaniu do ogniska. Niby nic, ale ubrudziłem nieco swoją białą koszulkę. Po południu wróciłem na chatkę (tą co cieknie w niej dach). Siedzę i siedzę. Drewna było naszykowane sporo…. Woda przyniesiona… porządek akuratny…. Co tu robić? A Harnasia nie ma i nie ma. Rozpisałem się wtedy na papierach wszelkiej maści, piwko i nyny.