Dzień trzeci….

Tak prawie z rana wyjechaliśmy z Gosią do Cisnej. Stopem do Jabłonek, i dalej do Cisnej. Nadal upał jak 150. Grrr. W Siekierezadzie dziwnie cicho, spokojnie, wdaliśmy się w pogawędkę z Bodziem, chwilę z Rysiem Szocińskim…. Bodzio w pewnym momencie swojej gawędy wypowiedział moim zdaniem bardzo mądre stwierdzenie:

„Nie można? Co nie można? Wszystko można! Tylko z wolna i z ostrożna!”

Naszło mnie na pierogi, no ale jak to w Siekierach pierogi? Hmmm pani sklepowa ze zdziwieniem nalała mi wody do menażki…. Pierogi ugotowałem sobie sam na trawce z boku placu parkingowego. Były pyszne! Nawet Gosia mimo dość kiepskiego humoru zjadła parę z apetytem. Mnie brakowało boczku i kapuchy, ale grunt że się najadłem.
W Baligrodzie zaczęło robić się pochmurno, na niebie i w moim postrzeganiu całej tej akcji. Wysiedliśmy, znaleźliśmy miejsce na kąpiele po pracy w hoteliku niedaleko parku z czołgiem. Obsługa tejże placówki niemal nas nie wyśmiała, że będziemy remontować cmentarz. Na miejscu okazało się, że mimo że akcja miała się zacząć następnego dnia jedynym chyba narzędziem była moja siekiera. Wieczór i noc pod plandeką wspominam bardzo miło! Sam sen- chyba najlepszy w czasie tego wyjazdu!

Dzień czwarty:


Z rana na śniadaniu dowiedzieliśmy się, kto co ma robić. Ja, Anyczka (co doszła poprzedniego dnia wieczorem) i Natasha mieliśmy zająć się wytyczeniem ścieżki do potoku i na kirkut. Malo poszedł do gminy. Do wczesnego popołudnia było zrobione. Co dalej?
Po południu pojechałem z Malo po narzędzia. Hurra! Wreszcie! W sklepach zeszło trochę czasu, wystarczająco na zdrzemkę. Przyjechał Leszczu. Kto by pomyślał, żeby tyle się zmieściło do Golfa. Fajna sprawa takie auto! Poszliśmy sobie pod prysznic i na piwo do knajpy. Po drodze minęliśmy chłopaka …. „Cześć jestem Muflonem”. Pierwszy dzień pracy minął, przybyło kolejnych rąk do pracy. Kolejny dzień minął, a ja nie czułem żebym zrobił coś wielkiego. W nocy za to namiot mój mały (Islandia II) przeszedł dość nietypowy test. Z racji dość chłodnej nocy kimały w nim 3 osoby. Było ciepło, przytulnie, i o dziwo (!) nie było ciasno. Jak na 1,2m max szerokości (w ramionach) to moim zdaniem dość niezły wyczyn. Mi tam się podobało!

Dnia piątego…..


Dzień zaczął się ok. 7 rano słowami „Barnaba za 15 minut bądź gotowy”. W sennych myślach przeanalizowałem, o co chodzi, skwitowałem cicho, że obok na ustach pojawił się uśmiech. Środek Bieszczadów, środek lasu, środek nocy (wg czasu akademickiego) środek namiotu a mnie tu się zrywa ze snu. Wypełzłem z namiotu- no bo cóż robić- podjąłem się pomocy to „jak trzeba to nie ma że boli”. Miałem jechać do Ustrzyk Dolnych po pieczątkę z PTTK, kanister oraz taśmę budowlaną. Wyszedłem łapać stopa przed 10. Szkoda ze nie było mi dane pławić się w ciepłym namiocie choćby do 9. Sam nie wiem, co dziewczyny robiły na miejscu, ale jestem mocno utwierdzony w przekonaniu, że facet, (jaki by nie był) to przy pracach destrukcyjnych lasu byłby bardziej wydajny niż któraś z dziewczyn, co więcej dziewczynie łatwiej byłoby o stopa do UD. Po powrocie nastroje tylko mnie utwierdziły w przekonaniu, że się tam marnuję, szargam nerwy, i nic tu po mnie. Nie chciałem wygłaszać tam tego, co myślę, bo, po co było psuć dodatkowo atmosferę. Namiot zostawiłem dla Nataszy (jakoś tak bardzo chciała zostać), a sam w towarzystwie Anyczki opuściłem Kirkut.

Osobiście uważam tamtą akcję za klęskę w zakresie organizowania pracy ludzi, czego byłem świadkiem. Załatwianie papierkowe nie zależało od nikogo z nas, tak więc i kasa na narzędzia mogła dotrzeć później. W czasie 3 dni, wielokrotnie przekonałem się, że gdzie indziej przydałbym się bardziej…. Jest to moja opinia, jaką sobie wyrobiłem w czasie pierwszych 3 dni. Późniejsze pojawianie się (tam) niczego nie zmieniły. Ktoś może się nie zgadzać ze mną, ale ja tam swoje wiem