Niedziela.


Wypadałoby iść do kościoła. Rodzice umyślili sobie pobieżyć do Łopienki. Ponoć miało się zacząć wszystko o 3, znaczy się o 15. Hmmmm wyszedłem wcześniej z chatki. Policzyłem dokładnie. Z Bystrego do Baligrodu jest piechotą ok. 45 sekund. Dalej na Stężnice. Zauważyłem tam piękny dom, marzenie….
foto 9

Potem już pastwiłem się fotograficznie nad malowniczymi kaskadami/ wodospadami.
foto 10 foto 11 foto 12 foto 13 foto 14 foto 15 foto 16 foto 17 foto 18

Sporo zdjęć zrobiłem, sporo mi się nawet podoba…..
Dalej skręciłem na Tyskową. Pracownicy retortów, utwierdzili mnie, ze idę dobrze. Jednak w momencie kiedy droga utwardzona się kończy najzwyczajniej w świecie pobłądziłem. Odbiłem pod górę w lewo…. Z początku szedłem sobie ścieżką, stopniowo ona nikła, aż na końcu czułem ją tylko stopami…. DOŚĆ! No i dalej już tradycyjnie do potoku, jarem, w nieskończoność…. Gdy już miałem serdecznie dość niesamowicie urokliwego acz uciążliwego terenu (albo kaskady, albo błoto, albo krzaczory, albo powalone drzewa) odbiłem w prawo w górę! Była już chyba 6 – znaczy się 18. Nie wiem, jakim cudem udało mi się wysłać sms do rodziców, że żyję ino trochę chaszczuję niewiedząc gdzie i dokąd, że błądzę. Jakież to szczęście, kiedy udało mi się wyleźć na jakąś już zarośniętą nieco drogę zrywkową. Była ona na tyle zdatna do łażenia, i jeszcze w miarę w dół, że skusiłem się…… W środku lasu znalazłem, alumatę. Nie było wokoło żadnych śladów łażenia, (co by ktoś niby celowo zostawił, i miałby zamiar po to wrócić), więc potraktowałem to jako zdobycz, którą wpisałem w skład dobytku chatki z cieknącym dachem. Niedługo po znalezieniu maty dotarłem do drogi- tuż przed 19stą wyszedłem jakieś 10 minut drogi od parkingu przy Spisówce. Jak na całodniowe niemal łażenie, błądzenie i w ogóle bieszczadzenie uważam to za niezłe dokonanie gdyż w pewnym momencie całkiem straciłem orientację, lazłem na wschód ciesząc się zielenią lasów…. Kiedy dotarłem do Łopienki zdrzaźnił mnie jakiś prostak. Koleś buczy quadem, podjechał dziarsko do mnie, i pyta się mnie czy mam fajki. Myślałem, że mnie za moment porazi! Facet by migiem się dostał do Dołżycy po te fajki- jadąc ATV po drodze Terka – Dołżyca miałby jeszcze niesamowitą uciechę……, ale nie! Musiał buczeć tym buczydłem pod samą cerkwią, kręcił bączki, rozwalił prowizoryczny, ale zawsze płotek- ku uciesze równie prostackiej parze kreatur jemu podobnych. I żeby nie było, nie mam nic przeciwko ATV, bo można się świetnie na tym bawić, ale niech to (…) nie wadzi innym co szukają ciszy i spokoju. Dziur i błota w Bieszczadzie wystarczyłoby dla wszystkich….
Zajechaliśmy do Biesiska. Po raz kolejny utwierdziłem się, ze po zjedzeniu tam żuru- „chłop jak z muru!”, a placek „po bieszczadzku” smakuje za każdym razem lepiej. Na noc zjechałem do chatki z cieknącym dachem. Po drodze dało się słyszeć ujadanie. Na miejscu był Iras. Po piwku zaczęła się opróżniać kolejna jednostka mojego miętowego specyfiku. Wieczór minął na niekończących się opowiadaniach o czarującej Ukrainie, i ogólnie o Karpatach. Przyszła na nas pora, aby się zwlec do snu…. Tak oto zakończył się kolejny dzień w rozśpiewanym i rozzielenionym Bieszczadzie.