Kolejny dzień....
Z Koliby bez większych ceregieli dotarłem do domku z cieknącym dachem. Dzień minął mi na spotkaniu z kangurami (chwila tylko) resztę dnia spędziłem z mamą i tatą… ograłem ich w karty. Dziecko szczęścia i radości- nie ma co! W tym dniu podobno widział mnie Rysio Szociński. Wnioskuję, ze w tym czasie po bardziej komercyjnej części Bieszczadu kręciła się podobna do mnie brodata osoba….
Na mecie w chatce był Malo, i grupa 4 osób, wnioskuję że para i 2 facetów. Co tu dużo mówić, mam mieszane uczucia. Jak już Malo sam poruszył w innym wątku- wywalił popiół z popielnika. Może i z dobrych chęci, ale niech to gęś kopnie. Cały żar spada teraz w dół i lipa…. Cóż stało się, pewnie ja też niejedno głupstwo wyprawiłem na chacie. Pierwszy raz zdarzyło mi się, aby pękło wino, rozmowa dalej się nie kleiła. Sam raczej nie uzależniam swoje towarzyskości od promili, ale takie zjawisko jak wypicie wina niemal w milczeniu…. Nowe doświadczenie ot co. Muszę z przykrością stwierdzić, że średnio mi to wszystko przypadło do gustu. Może jako drwal amator, inaczej na to patrzę. Wieczorem zaproponowałem wyjście do lasu po drewno. Czułem w moczu (takie powiedzenie) że będzie padać, więc im prędzej się drewno zniesie tym lepiej. W odpowiedzi usłyszałem…. Eee rano. No to poszedłem spać, tak samo jak Malo i reszta ekipy których imion nie pamiętam. Ekipa rano miała iść na BA. Zaiste dziwny jest ten naród… ale bez tego jakże byłoby nudno…


Odpowiedz z cytatem