Ostatnia niedziela….


Dzięki uprzejmości Wojtka łatwo i szybko dostałem się do Cisnej. Nie będę oszukiwał, „po drodze” zahaczyliśmy o jeziorko bobrowe. Ładnie tam, i całkiem spokojnie- to, czemu nie? Dzięki tej wizycie w poczet dobytku chaty wpisaliśmy część wędki- tę bez kija. Wojtek –Sokole Oko wypatrzył spławik (taki z korka po winie i gwoździa), z żyłką i haczykiem. Zwinęliśmy łup i leży teraz w chacie. W Cisnej z Wojtkiem przesiedliśmy się do tatowego auta. Latarnia Wagabundy…. Szybkie oględziny, bezskutecznie szukaliśmy „speca” od drezyny. Kolejnym punktem podróży była „chata za górą”. Ja tam zawsze mówiłem że tam trzeba iść środkiem. Srodek ścieżki nam się z lekka przesunął i trochę pobłądziliśmy. Ostatecznie wyszło na moje- choć fajno było troche chaszczować. W chatce czysto, spokojnie, pusto. Na zewnątrz gemyla! W palenisku puszki, coś… Ja tam nie wiem, że kto potrafi konserwe przynieść, zjeść- a opakowania zabrać ze sobą nie ma siły? To już szczyt lenistwa i obiboctwa! Sam jako ten chętny do pracy pociupałem jedną żerdź na kawałki…. Chwilowa sesja zdjęciowa z chatą… z okolicznym detem…
foto 53 foto 54 foto 55 foto 56

Po dojściu do auta wyruszyliśmy na poszukiwanie rzekomych resztek potrąconego Żubra. Nic nie znaleźliśmy.
Z Przysłupia zabrałem się do Krzywego stopem. W Krzywem czekał już na mnie Wojtek, i dalej już na chatę (tak, tę z cieknącym dachem). Na miejscu był Gabriel z żoną i córką, Ariel z psem jego, i Piotr. Godni polecenia grajkowie, i towarzysze w chatce. Tak jakoś w międzyczasie wyszło, że nie chciało mi się wszystkich jednostek alkoholowych nosić – bo po co. Wyskoczyłem do lasu, i po chwili przyniosłem to co las krył w sobie. Ariel chyba czy Piotr też coś tam mieli – jakiś poczęstunek. Było wesoło, śpiewająco….