Świat zaludniają jednostki
Henry David Thoreau
Dzień ostatni.
Zimno! To pierwsza myśl jaka nasunęła mi się po przebudzeniu. Jednak było lepiej niż kiedyś- była godzina 8, a nie 6. Sam nie wiem czy to dlatego że przywykłem, czy że bliżej kominka spałem. Patrzę.... drewna jeszcze sporo jest- dużego. Polazłem i przyniosłem trochę mniejsze- co by z rozpaleniem było ok. Herbata robiona już na kocherze smakowała prawie jak z ognia. Kociołek cały czarny, wyglądał jak wyciągnięty diabłu z dupy, pogięty jak bym nim walczył o jedzenie miał w sobie wszystko to, czego nie miał w czasie wyjazdu z Poznania. Przeszedł dymem, i miał resztki poprzedniej herbaty. Tak więc sobie siedzę spokojnie i piję herbatę, całkiem pewien byłem że nie najdzie mnie sanepid.... ale kontrola jednak była! Okazało się, że wpis do wpisownika to nie była ściema Anyczki. Przyszedł mości strażnik i już chciał coś powiedzieć, alem mu przerwał:
- Dzień dobry, zapraszam, może herbaty ciepłej... taki mróz!
Jegomość zdębiał, było to widać na jego twarzy. Pewnie spodziewał się jakiejś pijanej chołoty. Rozglądając się uważnie po chałupie, zaczął nawijać, że on to nie, ale odgórnie ma nakaz, i ze nie wolno i takie tam pierdoły. Jak na moje minimalistyczne pojęcie higieny i porządku w Bieszczadach to w chacie lśniło czystością. W istocie to poprzedniego dnia Ala dokładnie zadbała o ład, a ja starałem się nie nabrudzić. Facet opowiadał, że się policja interesuje, bo wypadek był, że pili, że hałasowali, że drzewa piłą wycinali (wow), że w ogóle źle się dzieje. Cały czas starał się przygotować mnie do wręczenia mandatu- za naruszenie dóbr.
- O zmroku chatę zobaczyłem, pusta była, to się rozgościłem na noc. Co ja mam, na śniegu spać jak chata pusta stoi?
Na te słowa facet całkiem zaniemówił, znów zaczął bąkać pod nosem, ze on wie, ze też chodzi po górach......a niech se chodzi, bylebym miał spokój! Popytał jeszcze o tych co tu półki robią, że w ogóle po co ten syf – tu wskazał na kuchnie. No i nie wytrzymałem! Kto co może zostawić, to zostawia, dla tych co może nie mają, a potrzebują: ryż, herbata, sól, cukier, zupy chińskie- niby żaden majątek, a nieraz bezcenne. Będzie mi tu mówił że źle że jest takie coś! Na koniec stwierdził że ma tu nikt nie przychodzić (jak bym ja tam woźnym był) bo oni (myśliwi) na sylwestra chcą przyjść.
- Jak pan potrzebuje z kolegami intymnej sytuacji to mogę iść na strych zawsze, albo ..... gdzieś indziej.
Facet widział ze spokój jest, a ja już swoje zdanie mam, i nie przekona mnie..... pojechał sobie. Chwila sprzątania, ostatni wpis do zeszytu i czas wyruszać!
Okazało się, ze przygoda dopiero się zaczęła! 20 minut drogi w stronę asfaltu usłyszałem wycie. Nie wiem czy wilk, czy pies- ale głodne w dupe ugryzie tak samo boleśnie. Słychać było szczekanie i wycie, lekki dreszcz, ale chwilę posiedziałem sobie i posłuchałem. Kto wie kiedy będę miał znów okazję. Wycie to narastało, to cichło, piękna melodia do tych widoków. Koło leśniczego widziałem zielonego malucha którym przyjechał mój poranny gość, kawałek dalej minął mnie jakiś myśliwy – lufa mu przez okno sterczała, skinąłem głową na „dzińdybry”, uśmiech nic nie kosztuje a zyskać można sporo. Facet się uśmiechnął, jak by mnie znał skąś, może to ten co u niego w styczniu gacie zostały, co to je w maju znalazłem w krzakach (patrz relacje). Po chwili myśliwy znów mnie mija. Uśmiech zaowocował dojazdem do większej miejscowości. Tam wyciągnąłem moją tajną broń- sutanne, i hajda do domu!
Zaczęło się. Złapałem wana, chewrolet jakiś. 2 facetów, jeden chłopak i jedna sikorka młoda. Kierowca łudząco podobny do jednego znanego naszego aktora. Nie mam pamięci do nazwisk, i dobrze, bo nawet jeśli, to facet chciał zapewne odpocząć od wszystkiego.... Chwila rozeznania, i okazało się że nie jadę do Sanoka, ale do Krakowa. A co mi tam.
- A wie pan, bo ja żaden ksiądz. Od wuja dostałem, co by na stopa łapać.
Ten tekst całkowicie rozbroił wszystkich w aucie. Tak się to im spodobało, że pod Krakowem załapałem się na obiad. Jakaś wieś, piękne miejsce, stara wielka chata, wystrój jak z muzeum. Portrety rodzinne, święte obrazy, no obłęd! Obiad też pycha! W Krakowie wlazłem sobie na autostradę...... macham podjechałem sobie na rozjazd na Katowice. Dalej się zaczęła jazda!
Zatrzymało się coś, zapakowane strasznie, no ale cóż.... byle do przodu! Wsiadam..... temat nr 1- objawienia, temat nr 2- cuda uzdrowienia. Nie ma nic gorszego niż religijni fanatycy- i chyba wolę już tych islamskich- bum, i człowiek się nie męczy.
- A ksiądz z jakiej parafii?
Już chciałem ściemniać: „Krywe”, hehehe, ale co mi tam, powiedziałem prawdę o wuju. Nagle w aucie zaczęło grzmieć, kierowca o dość tępym wyglądzie zaczął mi „po katolicku” ubliżać typu „ty szczwany lisie” i w ogóle, z trudem zachowałem się poważnie. Po 3 latach przebywania z klerem, dobrze wiem, że można albo przyznać im rację, albo doprowadzić ich do furii, żadnych szans na dialog- w tym przypadku w lot pojąłem że z „mojej reguły” nie ma wyjątków.
- To za pokutę w czasie podróży będziesz słuchał naszych opowieści o Matce Teresie!
Łomatko!!! Sporo się o niej nasłuchałem, oczywiście same superlatywy, „a w Warszawie to te Tereski to klawe babki”. Tyle mi przychodziło na myśl pomysłów, co by nawiązać rozmowę.... wiadomo, inteligentny zawsze się dogada, choćby i z osłem. Tu jednak chodziło o moją własną dupe- aby ją zawieźć na noc do domu- nie ma miejsca tu na pomyłki obyczajowe! Morda w kubeł i jadę dalej! Ileż można słuchać o dobroci, miłosierdziu itd. Usnąłem. Zostało to uznane za nie dotrzymanie umowy z mojej strony (miganie się od pokuty). Jeden z ideologicznych zboczeńców przedstawił mnie przed dość konkretną (jak na tę grupę zawodową) propozycją- albo miałem oddać kieckę i jechać dalej, albo nie. Tyle radości czerpię z tej kiecki (że o obiedzie nie wspomnę).... ci ludzie nie wiedzieli jaką to ma wartość. Burżuje jechali autostradą 90km/h więc nie miałem żalu opuszczając bądź co bądź zatłoczone auto. Zimno, mokro, ale przynajmniej z dala od dziwaków (sam sobie stanowię normę). Na odchodne:
- A to nie podziękujesz nam że cię tyle kilometrów przewieźliśmy?
Spojrzałem na wschód, na zachód (tak na oko, po asfalcie), no nie! Kolesie przegięli pałe! Ani bramki, ani zjazdu, jedynie że pod wiaduktem stałem i nie mokłem. Mogli mnie na Tarnawę wywieźć równie dobrze! Dałem upust swojej wulgarności, tak aby wiedzieli dobrze, że źle zrobili! Do zjazdu miałem pół godziny drogi. W deszczu, pokonałem cały odcinek, i doszedłem do wniosku, że jeśli ktoś uszyłby kiecke z polaru, albo z podszewką z membraną zrobiłby na tym złoty interes. Woda siąkła od dołu strasznie i spodnie były przemoczone. Dalej juz bez wiekszych sensacji dotarłem do Wrocławia. Przez Wrocław przewiózł mnie pewien młodzieniec, który świadom że wiezie księdza czerwone światło interpretował jako „avanti avanti”, pędziłem przez środek miasta zupełnie jakby obwodnicą, może i głupie, ale ciekawe przeżycie- usłyszałem
- Jak by co, to z ostatnią posługą!
- Ok.
Na wylocie rachu ciachu i już grzałem swe przemarznięte nogi w jakimś dostawczym......
Czas przejazdu 10h.


Odpowiedz z cytatem