Strona 2 z 3 PierwszyPierwszy 1 2 3 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 11 do 20 z 35

Wątek: Grzbietem ukraińskich Karpat... [relacja]

Mieszany widok

  1. #1

    Domyślnie Odp: Grzbietem ukraińskich Karpat...

    Z niecierpliwością czekamy na następną część fotoopowiadania. Proponuję wysłać do Iwana na w/w adres pocztówki z różnych stron Polski. Niech się chłop zadziwi i posmakuje medialnej sławy. Nie czekając na innych w poniedziałek wysyłam mu pocztóweczkę, bo swojak z niego jest, a i ucieszy się pewnie...

  2. #2
    Bieszczadnik
    Na forum od
    02.2005
    Postów
    575

    Domyślnie Grzbietem ukraińskich Karpat...

    Dzień dziewiąty: 13.07

    Pobudka o godz. 4.00, szybko ubieramy się i wyruszamy na skrzyżowanie. To około 1,5 km wędrówki. Jest chłodno i pochmurnie. Na skrzyżowaniu już są pierwsi mężczyźni. Upewniamy się czy jadą „na Gorgan” i czekamy na pojazd. Pojawia się około 5.30… Jest to ciężarówka na potężnych kołach z blaszaną budą (podobny do naszego „osinobusa”).

    Takim pojazdem ruszyliśmy w Gorgany.jpg

    Kierowca bez problemu wskazuje miejsce, gdzie mamy usiąść. Ponieważ jedziemy najdalej siadamy zaraz za szoferką. Powoli ruszamy, ale zatrzymujemy się dość często by zabrać ludzi jadących do pracy. Robi się tłoczno, ale też i wesoło. Mężczyźni pytają skąd jesteśmy i gdzie idziemy. Kiwają tajemniczo głowami. Podróż trwa już prawie 2 godz. Aż wreszcie zatrzymujemy się i wszyscy wysiadają. Okazuje się, że „na Gorgan” jedzie inny samochód – ciężarówa ze zwykłą „paką”. Trudno, trzeba się przesiąść… Teraz dopiero zaczyna się prawdziwa jazda!

    Jazda na pace gruzawika....jpg

    Samochodem telepie na wszystkie strony. Poruszamy się wąską, stromą dróżką. W dole jakieś 50 metrów niżej snuje się potok Płajska. Po kilku minutach zjeżdżamy własnie w jego kierunku by przeprawić się na jego drugą stronę i znów w górę. Trzęsie niemiłosiernie a my trzymamy się jedynie burty. Plecaki podskakują i są już potwornie brudne. Co chwila trzeba się schylać by nie otrzymać ciosu od zwisającej gałęzi. Samochód aż jęczy, gdy wspina się mozolnie na kolejne podjazdy, ale nie poddaje się.
    Dolina potoku Płajska podchodzi prawie pod samą Ruszczynę. Jeszcze kilka lat temu jeździła tędy kolejka wąskotorowa wożąca w górę drwali a z powrotem drewno. Teraz z konieczności muszą to robić samochody. Jadąc „na pace” dobrze widać dziki charakter tej doliny. Dookoła nie ma nikogo, co potęguje jeszcze bardziej poczucie dzikości tego miejsca. Wokół, wśród mchów, rosną potężne świerki i limby. Wydaje się, że zza zakrętu zaraz wyłoni się jakiś „grizzly” albo przemknie stado jeleni. Nic z tego, trudno dostrzec jakiekolwiek zwierzę, nawet ptaki gdzieś się pochowały. Jednak niesamowitość tego miejsca, jego piękno, dzikość, potęga gór, powala na kolana…
    Mijamy resztki starej klauzy Płajska i po 30 minutach dojeżdżamy wreszcie „na Gorgan”. A więc „dobre” się skończyło. Wysiadamy…

    Przy sprzęcie drwali w Gorganach.jpg

    Drwale wskazują nam drogę wzdłuż potoku – „eto wojenna doroha” – mówią. Okazuje się, że jest to zarastająca ścieżka przecinana co chwila jakimiś mikro – strumykami, wyłożona miejscami drewnianymi balami. Trzeba bardzo uważać, bo jest ślisko a miejscami wychodzimy dość wysoko. Po pół godzinie marszu dochodzimy do miejsca dawnego wyrębu, gdzie wg drwali mamy przejść na drugą stronę potoku i wspiąć się na położony na północnym-wschodzie grzbiet (przynajmniej tak wynika z mapy). Znajdujemy się w urokliwym miejscu i tu, na wielkim świerkowym pniu, postanawiamy zjeść śniadanie. Trzeba się wzmocnić przed dalszą drogą...
    Mija godz. 9 -ta. Ruszamy w górę… Na początku trudno znaleźć właściwą ścieżkę; jest ich kilka, niektóre zarośnięte (widać, że kiedyś tu były), niektóre rozjeżdżone przez ciężki sprzęt… Trochę zaczynamy się miotać… aż wreszcie postanawiamy po prostu wejść na ten grzbiet. Pniemy się więc w górę aż wychodzimy na niewielką polankę wśród wyrębu… Za plecami mamy szczyt Końca Gorganu. To mnie uspokaja – idziemy we właściwym kierunku. Postanawiamy trochę strawersować wyłaniający się szczyt i … wchodzimy w 2 metrowej wysokości paprocie. Nie zmieniamy kierunku – musimy wejść na ten szczyt. Pokonujemy kolejne metry wysokości i zwalone potężne świerki. Wreszcie po 1,5 godzinnej wspinaczce, nagle, wychodzimy na ścieżkę, na której, ku naszej uciesze, stoi graniczny słupek 17.

    Trafiliśmy na szlak...słupek graniczny.jpg

    Jesteśmy na przedwojennej granicy II Rzeczpospolitej. Nawet niebo czci nasze „osiągnięcie” – spada rzęsisty deszcz. Chronimy się w gęstwinie świerkowych gałęzi, ale to niewiele pomaga. Na dodatek znów zaczyna grzmieć. Wszystko trwa około 15 minut. Idziemy dalej…
    W samo południe, pokonując kolejne wzniesienia i „dołki”, mijając urwisko skalne „Piekło”, stajemy przy ruinach dawnej polskiej strażnicy i schroniska na Ruszczynie. To dobre miejsce na biwak (jest źródło Bystrzycy Sołotwińskiej i kilka innych źródełek z doskonałą wodą) a także skrzyżowanie wielu gorgańskich szlaków. My postanawiamy wejść na Sywulę.

    Ruiny polskiego schroniska na Ruszczynie....jpg

    Idziemy czerwono oznakowanym szlakiem na Małą Sywulę by po 30 minutach (tak jak opisuje to przewodnik) przy niewielkim kopczyku z kamieni skręcić w lewo na ścieżkę trawersującą Małą Sywulę w kierunku przełęczy między oboma Sywulami. Ścieżka prowadzi przez coraz większe gołoborza i miejscami kosówkę. Obawiałem się tej części naszej trasy właśnie z uwagi na to „morze kamiorów”, ale niepotrzebnie. Idzie się nieźle, choć należy uważać, wzajemnie się ostrzegać i ubezpieczać.

    Gorgan w całej okazałości.jpg

    Wielka Sywula na razie tonie we mgle choć Mała oświetlona jest przez słońce. Mijamy dobrze zachowane okopy z I wojny światowej i wkrótce wychodzimy na przełęcz. Oczom naszym ukazuje się wreszcie Wielka Sywula.

    Rów strzelecki z I wojny światowej....jpgWielka Sywula.jpg

    To już naprawdę niedaleko, ale przez potężne bloki skalne. Tu należy zachować szczególną ostrożność! Na szczycie spotykamy, a jakże, rodaków. Kilka uwag o trasie, pytanie skąd i dokąd idą, pozdrowienia…

    Sywula zdobyta....jpgMała Sywula.jpg

    Znów zaczyna grzmieć, więc schodzimy w dół…by po drodze znów natknąć się na Polaków. Tym razem to ratownicy GOPR-u (przynajmniej takie mają polary), jak się okazuje na krótkim wypoczynku w Gorganach. Zejście też nie jest takie złe. Większe kamienie nie pozwalają na osunięcie się, gorzej na szutrze w dolnej partii ścieżki. Przy wyjściu z lasu spostrzegamy jarząbki, które niestety uciekają zanim mogłem je sfotografować. Znów stajemy przy ruinach schroniska. Ponieważ jest dopiero godz. 14.30 postanawiamy iść w kierunku Przeł. Legionów. W tej decyzji dodatkowo utwierdzają nas spotkani jeszcze przed wejściem na Sywulę Ukraińcy. Nie ma sensu pchać się w nieciekawy szlak i w dodatku bez kompasu!
    Wędrujemy więc w odwrotnym kierunku. Chcemy zobaczyć Przeł. Legionów (nazywaną też, zwłaszcza przez miejscowych, Rogodze Wielkie) a także Rafajłową (Bystrzyca) tak związaną z Legionami. Ścieżka cały czas prowadzi przez wycięty pas graniczny, miejscami przez wiatrołom, ciągle wznosząc się i opadając. Niektóre podejścia są bardzo męczące (omijanie powalonych drzew lub przełażenie przez nie). Ważne, że nie sposób się zgubić – idzie się od słupka do słupka. Mijają kolejne godziny wędrówki i zaczynamy mieć powoli dość. Po około 12 godz. marszu wychodzimy na przełęcz pod Taupiszem, gdzie zamierzamy zanocować (tu w dolinie po lewej stronie widoczny szałas pasterski i źródło). Cieszy nas widok rozłożonego obozowiska przez spotkanych na Ruszczynie Ukraińców. Wskazują nam źródło, które trudno byłoby nam znaleźć, ale najważniejsze - będzie nam raźniej spać na tym odludziu. Rozbijamy namioty, robimy kolację, trochę gaworzymy z sąsiadami…Zmęczenie zarówno ich jak i nas szybko usypia...

    (cdn)
    Ostatnio edytowane przez WojtekR ; 07-08-2006 o 00:49

  3. #3

  4. #4
    Bieszczadnik
    Na forum od
    02.2005
    Postów
    575

    Domyślnie Grzbietem ukraińskich Karpat... [relacja]

    Dzień dziesiąty: 14.07
    Po śniadaniu i spakowaniu plecaków wyruszamy w drogę do Przełęczy Legionów. Pogoda wymarzona do wędrówki: słońce, lekki wiatr i ciepło. Ukraińscy wędrowcy ruszyli przed nami a więc wypada nam ich „gonić”. Idziemy od razu pod górę…Przed nami Taupisz. Zajmuje nam to kilkanaście minut. Szlak dalej biegnie grzbietem, z którego roztaczają się przepiękne widoki na cały masyw Sywuli i grzbiet Negrowej-Maksymca. Gdzieś w dolinie znajduje się cel naszej wędrówki – Rafajłowa (od 1946 r. nazwana Bystrzycą). Ścieżka biegnie szerokim pasem granicznym raz wznosząc się raz opadając; miejscami trzeba wdrapywać się po okazałym rumowisku skalnym.

    Droga na Przeł. Legionów.jpgPanorama Gorganów z Taupiszyrki.jpgSłupek graniczny z 1923 roku na trasie do Przeł. Legionów.jpg

    Po 2 godzinach marszu dochodzimy do słupka nr 10. Na ścieżce usypany jest też okazały kamienny kopiec więc nie można przeoczyć skrętu w prawo. Chwilę odpoczywamy i podziwiamy daleki już masywy Sywuli. Wchodzimy w gęstą kosówkę i bardzo stromą ścieżką schodzimy w dół. Tu trzeba bardzo uważać na wystające korzenie, gałęzie i ruchome kamienie. Po kilkunastu minutach dochodzimy do małej polany. Podziwiamy pojedyncze limby i znów wchodzimy w gęsty las. Ścieżka staje się tak stroma, że kolejne sto metrów przewyższenia pokonujemy prawie 25 minut! Idziemy od drzewa do drzewa… W głowie jest jedna tylko myśl: kiedy to się skończy…bo kolana już wysiadają. Po następnych 30 minutach wychodzimy wreszcie na przełęcz z widocznym miejscem na biwak. Tu robimy dłuższy odpoczynek.
    Z przeciwnej strony dochodzą nas jakieś głosy. Okazuje się, że to grupa harcerzy z ZHR-u z Krakowa, którzy idą na Taupisz. Dowiadujemy się od nich, że do Przełęczy jeszcze około 40 minut z dwoma podejściami i długim, ale już łagodnym zejściem. Rozstajemy się życząc sobie nawzajem powodzenia. Ruszamy dalej…
    Rzeczywiście droga jest już łatwiejsza i po 30 minutach schodzimy na obszerną przełęcz z widocznym dużym, metalowym krzyżem. Jesteśmy na Przełęczy Legionów. To tędy w 1914 roku przemaszerowała II Brygada Legionów Polskich, która pobudowała również drogę z Uść-Czornej do Rafajłowej zaledwie w kilka dni. Krzyż i kamienna tablica z napisem:
    Młodzieży polska, patrz na ten krzyż!
    Legjony polskie dźwignęły go wzwyż,
    Przechodząc góry, lasy i wały
    Do Ciebie Polsko, i dla Twej chwały

    stojący na Przełęczy od 1931 roku upamiętnia to wydarzenie. Przetrwał wojnę i cały okres ZSRR. Wzruszenie ściska gardło.

    Krzyż na Przełęczy Legionów.jpgTablica przy Krzyżu Legionów.jpg

    Na Przełęczy stado krów pasie mała dziewczynka Wasylena. Towarzyszą jej psy, które ochoczo nas obszczekują. Opowiada o swojej rodzinie a my częstujemy ją naszymi kabanosami i słodyczami. Z Przełęczy patrzę na południe skąd mieliśmy przyjść…Widać Durnią… Ech, gdybym nie zgubił kompasu...

    Rzut oka na szlak na Bratkowską...widoczna Durnia.jpgPastereczka....jpg

    Przed nami 2,5 godzinny marsz Drogą Legionów do Rafajłowej. Tym razem nie ma już żadnych podejść a droga wije się brzegiem Rafajłowca. Szybko mijamy kolejne zakręty, przydrożne saraje i kiedy dochodzimy do pierwszych zabudowań zaczyna grzmieć i spada deszcz.

    Droga Legionów w Dolinie Rafajłowca.jpgSaraj przy drodze do Rafajłowej.jpg

    Chcemy schronić się do niewielkiego sklepu i na pytanie: czy możemy? Pada odpowiedź, że nie!!! Pełne zaskoczenie. Po raz pierwszy zdarza się nam na Ukrainie, że nie chcą nam pomóc! Trudno, idziemy dalej. Zmoknięci zatrzymujemy się w następnym sklepie, skąd nikt już nas nie wygania…Deszcz ustaje, pytamy o hotel „U Wiktora”. Okazuje się, że to blisko. Idziemy tam wiedząc z przewodnika, że jest tam restauracyjka i tanie noclegi.

    Kościół i obelisk poświęcony walkom Legionów w Rafajłowej.jpg

    Hotelik znajduje się przy skrzyżowaniu naprzeciwko popadającego w ruinę kościółka i obelisku poświęconego Legionom. W restauracji spotykamy rodaków z Łodzi, którzy przyjechali by „tylko trochę połazić po górach”. My i oni to jedyni klienci tegoż lokalu. To od nich dowiaduję się, że Włosi wygrali Mundial. Przekazują nam też najnowsze informacje polityczne z Polski… Udaje się nam zjeść obiad (17 hrywien) i…zostajemy wyproszeni z restauracji, bo jesteśmy z plecakami!
    Zaczyna mi się to nie podobać. Coś tu jest nie tak a w tej opinii utwierdza mnie jeszcze zachowanie właścicielki hoteliku: za spanie w 4 – osobowym pokoju z łazienką na korytarzu chce 45 hrywien od osoby, każe zostawić buty w korytarzyku przy restauracji (drzwi nie zamykane!) oraz…kijki!!! Na pytanie: dlaczego? – pada odpowiedź: ona nie będzie po nas sprzątać a kijki są zabłocone!!! Zresztą bywają tu Francuzi i Niemcy i nie pytają, dlaczego. Tego było dla mnie już za wiele; wychodzę! Przyrzekam sobie, że więcej noga moja tu nie stanie. Idę do pierwszej z brzegu chałupy i pytam o nocleg. Starsi ludzie z chęcią zgadzają się nas przenocować za 10 hrywien od osoby (!) informują o której jest autobus do Nadwornej i są bardzo mili. W nocy jest potężna burza i wrażenie, że Rafajłowa nas nie chciała…

    (cdn)

  5. #5
    Bieszczadnik
    Na forum od
    02.2005
    Postów
    575

    Domyślnie Grzbietem ukraińskich Karpat... [relacja]


  6. #6
    Bieszczadnik
    Na forum od
    02.2005
    Postów
    575

    Domyślnie Odp: Grzbietem ukraińskich Karpat...

    Właśnie kończę opis wydarzeń dnia następnego. Dzięki za świetny pomysł z pocztówkami. Ucieszy się bardzo. Warto to zrobić, bo jest facet super i chętnie ugości każdego, kto się u niego pojawi. (Łopuchów może być dobrą bazą wypadową zarówno w Gorgany jak i Świdowiec)

  7. #7

    Domyślnie Odp: Grzbietem ukraińskich Karpat... [relacja]

    Świetna relacja!
    Też bym się kiedyś tam wybrał, ale nie wiem czy znajdę jakiegoś kompana do podróży, a samemu to tak jakoś nie za bardzo chcę się chodzić. Coś ciężko namówić moich znajomych na jakikolwiek wyjazd :( Może kiedyś mi się uda i coś zorganizujemy.

    Pozdrawiam
    Michał

  8. #8
    Bieszczadnik
    Na forum od
    02.2005
    Postów
    575

    Domyślnie Grzbietem ukraińskich Karpat... [relacja]

    Dzień trzynasty: 17.07
    Wychodzimy o godz. 5.30. Przed nami Pikuj i Bieszczady Wschodnie aż po Użok. Przykro nam, że nie zapłaciliśmy za ostatni nocleg, ale nadal nie było „gospodarza”. Chyba nadal „weseli się”… Przechodzimy przez śpiącą jeszcze wieś. Nie pada, ale mgła ogranicza widoczność, co przy braku kompasu staje się powodem lekkiego stresu. Całe szczęście, że wczoraj zdobyliśmy „punkt zaczepienia” (miejsce wyjścia na szlak) i teraz możemy powoli próbować zdobyć tę górę…
    Przechodzimy przez żelazny mostek i od razu wdrapujemy się na kolejne wzniesienia. Mijamy łąki, pola ziemniaków i owsa. Miejscami ścieżka się rozgałęzia i trzeba wybierać którą iść. Całe szczęście, że po przejściu kilkuset metrów znów się łączą. Staramy się trzymać „prawej strony” często spoglądając na mapę. Niestety w wyższych partiach wędrówce zaczyna towarzyszyć mżawka. Nie ma to większego znaczenia, bo i tak jesteśmy przemoczeni. 36 godzinny deszcz sprawił, że trawy są dosłownie oblepione kroplami wody i nie pomaga nawet strząsanie ich kijkami, ani ochraniacze, ani też spodnie nieprzemakalne.
    Mozolnie pniemy się w górę. Momentami szlak podobny jest do tego z Nasicznego na Dwernik Kamień w naszych Bieszczadach. To mobilizuje nas i sprawia, że mamy nadzieję dziś stanąć o „rzut beretem” od polskiej granicy. Mgła trochę rzednie odsłaniając widok na Biłaszowice coraz bardziej oświetlone słońcem. Może i my też doczekamy się słoneczka…Na razie do mgły, ale chyba bardziej do niskich chmur, dołącza coraz większy wiatr. Co chwila wpadamy w tuman, ale teraz mam już pewność, że będziemy mieli pogodę i dobrą widoczność!
    Wychodzimy z lasu na dużą polanę i ścieżką skrajem podążamy do następnej, gdzie ścieżka skręca ostro w lewo. Wiatr na chwilę odsłania górę…To chyba zemsta Pikuja za nieopatrzne nazwanie go przedwczoraj „Pikusiem”! Ujrzeliśmy przez chwilę to co nas czeka…Toż to będzie wspinaczka! Idzie się nam coraz trudniej, bo wiatr „duje” aż strach. Momentami przytrzymujemy się kosówki i krzewów podobnych do cyprysików by nas nie zwiało. Przez kilkadziesiąt metrów idziemy po kamiorach aż wreszcie stajemy na trawiasto – kamiennej półce. Pikuj znów na chwilę odsłonił swoje oblicze. To jeszcze kilkaset metrów, ale już tylko ostro wznoszącą się połoniną.

    Pikuj we mgle.jpgPeremoha...zwycięstwo - tuż po wejściu na Pikuj.jpg

    Kilka minut przed godz. 9-tą stajemy wreszcie na szczycie. Łatwo teraz powiedzieć, stajemy! W istocie od razy dopadamy do betonowego słupa i mocno się go trzymamy by nas nie zwiało! W chwilach, gdy wiatr trochę „zwalnia” trzaskamy zdjęcia i szybko schodzimy niżej i chowamy się za skalny grzebień. Jest mi okropnie zimno więc zmieniam przepoconą koszulkę, zakładam polar, zasuwam suwak „pod oczy”… Teraz możemy napić się gorącej herbaty! Wybuchamy śmiechem, kiedy zęby dzwonią o kubek. Jeszcze poprawiamy wszelkie paski i w drogę…

    Kolejne szczyty za nami....jpg Nasz szlak....jpg....a w dole wioski....jpg
    Idziemy teraz ścieżką wśród połoninnych traw, które kładą się tak jakby się kłaniały na powitanie. Ale to tylko wiatr, który powoli przegania chmury. Jeszcze prze kwadrans wędrujemy we mgle i nagle przed nami ukazuje się cały masyw Bieszczadów Wschodnich aż po polskie: Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec. Jest piękny, mieniący się różnymi odcieniami zieleni traw i drzew. Najpierw widoczny Ostry Wierch, później Wielki Wierch… Po lewej stronie za doliną (biegnie tędy droga Niżne Worota – Wołosianka) piękna Połonina Równa, po prawej wszystkie pasma Beskidów Skolskich, nieco na prawo-w tył w oddali Gorgany…

    Widok na Bieszczady Wschodnie....jpg W drodze na Wielki Wierch.jpg

    Widok polskich Bieszczadów daje nam lepszego „kopa” niż red bull. Świadomość bliskiego końca wędrówki jest świetnym dopingiem… ale nadal przed nami jeszcze kilka godzin marszu. Za Wielkim Wierchem spotykamy dwóch polskich wędrowców. Którzy idą w przeciwnym kierunku. Standardowa wymiana informacji: skąd, dokąd oraz co u celu. Na połoninach coraz więcej krzewinek jagodzin i borówek i… coraz więcej zbieraczy. Głównie to kobiety, które w ten sposób wspomagają domowy budżet.
    Pokonujemy kolejne wzniesienia (niektóre z wychodniami skałek piaskowcowych), ale jakoś nie możemy zauważyć przedwojennych słupków granicznych…Pogoda robi się coraz lepsza, nawet wiatr trochę cichnie. Staramy się wędrować sprawnie robiąc odpoczynki co godzinę. Kładziemy się wtedy na trawie, patrzymy w czyste już, błękitne niebo i jest nam naprawdę dobrze…
    Na przełęczy Ruska Put’ robimy sobie obiad, chwilę odpoczywamy, podziwiamy panoramę Połoniny Równej i bliskich już polskich Bieszczadów. Zbieramy się coraz wolniej, ale głównym powodem tegoż jest uświadamianie sobie, że wyprawa się kończy, że przeżyliśmy coś wspaniałego, przeszliśmy wiele, wiele kilometrów górskich szlaków, spotkaliśmy wspaniałych ludzi. Ech! - ….

    Przełęcz Ruska Put'.jpgStarostyna.jpg

    Wspinamy się na Starostynę a następnie na Kińczyk Hnylski (w niektórych przewodnikach nazywany Kańczykiem Hnylskim). Teraz już cały czas w dół. Żegnamy się z połoniną i wchodzimy w las. Odtąd będziemy mijać jedynie śródleśne polany porośnięte kopkami jagodzin (podobnie jak na punkcie widokowym w Siankach po stronie polskiej). Ścieżka raz zanika to znów pojawia się. Na jednej z polan rozgałęzia się… idziemy w lewo… Jak się okaże będzie nas to kosztować wędrówkę około 3 km dalej. Na razie schodzimy do widocznych w dole zabudowań. Okazuje się, że wyszliśmy w przysiółku Gusnyj.
    Widok chaty sprawił, że przez moment myślałem, iż jestem w XIX w. To prawie pół kurna chata, przed którą biegają na wpół gołe dzieci. Przy obórce siedzi starowinka… Ogólny bałagan, rozgardiasz; świat zwierząt miesza się ze światem ludzi… Prosimy o wodę i pytamy o drogę… Znów spotykamy się z miłym przyjęciem. Ludzie bardzo biedni, ale uczynni, gościnni. Żal mi ich… przecież kilka kilometrów na północny zachód i mieszkaliby w Polsce. Ale czy byliby tacy sami?
    Dalej wędrujemy już bitą drogą licząc na jakiś pojazd, który dowiózłby nas do Użoka. Niestety, całe 3 kilometry odbębniamy z buta… Wreszcie ukazuje się Użok i drogowskaz; w lewo Użgorod w prawo Lwów. Cieszymy się jak dzieci tańcząc taniec zwycięstwa! Przeszliśmy!

    Przeszedłem.....jpg

    Pytam o sklep. Okazuje się, że już jest zamknięty, ale poproszą by nam otworzono. Super! Co za ludzie! Nie czekamy długo… Przemiła pani sprzedaje nam piwo, wodę, jakieś konserwy, czekoladę, pomidory…Chleba nie ma, ale z domu przynosi „kusoczek”. Przysyła córkę by nas zaprowadziła na stację kolejową, która znajduje się kilkadziesiąt metrów powyżej drogi, bo za kilkanaście minut odjeżdża pociąg do Sianek i dalej do Sambora. „Szczyro wam d’akujemo za wse” !
    Spotyka nas jednak przygoda... Po drodze zatrzymują nas pogranicznicy…i zaczyna się cyrk! Skąd idziecie, dokąd, a dlaczego tam i … nie macie stempla! Jakiegoż stempla do diabła? Okazuje się, że nie ma go na karcie imigracyjnej! (Ponoć powinien być!) Zaczyna się straszenie, że pójdziemy „na komendanturę”. Tłumaczymy, że jest przecież „stempel” wjazdu w paszporcie… ten ich nie interesuje. Chcą pieczęci na kartce i koniec! Staram się spokojnie tłumaczyć: przecież ich koledzy zapieprzyli sprawę, a my skąd mamy wiedzieć, że trzeba mieć tę pieczątkę. Chyba argument (albo i nie), że pociąg już jedzie rozwiązuje problem. Oficer konfidencjonalnie mówi, „w razie czego to mnie nie widzieliście”! Ale i tak wieszczy nam kłopoty na granicy…Żegnamy się z przemiłą dziewczyną i włazimy do wagonu.
    Do Sianek (z Użoka elektriczka wyjeżdża ok. 20.00 i kosztuje ok.2 hrywien) jedziemy fragmentem tej ciekawej trasy Wołosianka – Sianki z tunelami. Przejeżdżamy ich co prawda kilka, ale i tak jest to wrażenie… w dodatku spotęgowane widokiem żołnierza z bronią przy każdym z nich! Czy pilnują tych tuneli przed kradzieżą…??? Podróż do Sianek trwa ok. 30 minut. Tam przesiadamy się w inną elektriczkę, która jedzie do Sambora.
    Teraz już przy zachodzącym słońcu jedziemy wzdłuż Sanu aż do Sokolik. Widać w dali Kińczyk Bukowski oraz dawną „systiemę”, która miała chronić ZSRR od komunistycznych towarzyszy i przyjaciół z Polski. W Sokolikach odbijamy od naszej granicy i powoli zmierzamy do Sambora, który osiągamy po 2,5 godz.
    Tu też nas spotyka przygoda z „mundurowymi”… Ponieważ toaleta na dworcu jest nieczynna, postanawiam zapytać dwóch „gienierałów” stojących na peronie. Oczywiście pomagają nam zaprowadzając do ich „służbowej” (szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia – była „przecudnej urody” ), po czym jeden zapytał: „a w ogóle to ty masz jakieś dokumenty?” Kiedy zacząłem ściągać plecak mówi: „nie, nie trzeba, ale dokumenty noś na piersi”!
    Poczekalnia dworcowa pierwszej klasy: czyściutko, z wygodnymi fotelami i ławkami…Przyjdzie nam spędzić tu 5 godzin do czasu odjazdu pociągu do Lwowa… Na poczekalni kilka osób z różnymi pakunkami, w kącie jakiś bezdomny…Nagle wpada jeden z „gienierałów” i mówi do nas: „jeden śpi, drugi nie!” Nie wie, biedak, że jesteśmy już 19 godzin na nogach… Drzemiemy ściskając dobytek…O 4.40 wsiadamy do pociągu do Lwowa…
    W wagonie dużo ludzi z wielkimi worami ziemniaków, ogórków, kapusty… Część podróżujących jedzie do pracy do Lwowa. Całą podróż przesypiamy…

    (cdn)

  9. #9

  10. #10
    Bieszczadnik
    Na forum od
    02.2005
    Postów
    575

    Domyślnie Grzbietem ukraińskich Karpat... [relacja]

    Dzień czternasty: 18.07
    Znów jesteśmy we Lwowie… Postanawiamy odpocząć i jeszcze trochę pobyć w tym przeuroczym mieście. Zatrzymujemy się u p. Mariana Ławriszi. Odpoczywamy i w południe wyruszamy w miasto. Dużo się we Lwowie zmienia…remontowane są ulice, kamienice…
    Wstępujemy również do Lwowskiego Muzeum Historycznego – warto zobaczyć tu grafiki przedstawiające Lwów z różnych okresów historii, przedmioty i akcesoria związane z administrowaniem miastem w dawnych czasach a także m.in. portrety prezydentów Lwowa.
    Dzień kończymy wysłuchaniem koncertu ulicznego dwóch gitarzystów. Jutro powrót do Polski...

    Budynek Ossolineum.jpgCzarna kamienica.jpgDworzec główny.jpg
    Jeden z lwów strzegących wejścia do Baszty Prochowej.jpgPałac Potockich.jpgPomnik Nikifora.jpg
    Ulice Lwowa.jpgWnętrze kaplicy Boimów.jpgWnętrze kaplicy Boimów 2.jpg
    Uliczny koncert na Hałyckiej....jpg

    Dzień piętnasty: 19.07

    Do Polski wracamy pociągiem. Tak jest wygodniej i jest więcej czasu na wspominanie dni, które tak szybko minęły... Na granicy nie było żadnych kłopotów! A więc stempel nie był taki ważny... W drodze planujemy już następna wyprawę za rok... Ukraina ma swój urok, który przyciąga...

    Na koniec wydatki: to jest naprawdę śmieszna kwota...800 PLN
    (Jeżeli ktoś zechce mieć bardziej szczegółowe informacje na temat pobytu na Ukrainie - jeżeli będę potrafił odpowiedzieć, proszę o kontakt na prive)

    W tym miejscu chcę podziękować mojemu "towarzyszowi wyprawy", na którego w każdej chwili mogłem liczyć a i ja chyba trochę mu pomogłem (nie licząc zgubionego kompasu). Dzięki wielkie!

    NIESTETY TO JUŻ KONIEC
    Ostatnio edytowane przez WojtekR ; 08-08-2006 o 23:47

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Weekend majowy w Bieszczadach Ukraińskich
    Przez nika89 w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 6
    Ostatni post / autor: 15-04-2013, 23:53
  2. noclegi w ukraińskich Bieszczadach
    Przez DiabełPiszczałka w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 15
    Ostatni post / autor: 21-05-2012, 13:18
  3. Dobre noclegi w ukraińskich Karpatach
    Przez Henek w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 17
    Ostatni post / autor: 28-04-2008, 21:06
  4. Sylwester 2006-2007 w Bieszczadach Ukraińskich :)
    Przez Anyczka20 w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 35
    Ostatni post / autor: 09-02-2007, 03:13
  5. Wydalenie ukraińskich architektów
    Przez Stachu w dziale Dyskusje o Bieszczadach
    Odpowiedzi: 32
    Ostatni post / autor: 31-01-2005, 21:26

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •