Dzień czwarty: 08.07
Decydujemy się dojechać terenówką do schroniska Drahobrat. Cena jaką udaje się wynegocjować to 100 hrywien i…warto było. Dojście zabrałoby nam około 4-5 godzin drogą niezbyt ciekawą po wertepach, koleinach i błocie…Jedynie początkowy odcinek biegnący doliną Świdowca warty jest wspomnienia.
W drodze na Drahobrat.jpg
Jedziemy więc uaz-em miejscami zanikająca drogą, miejscami przez koleiny wyżłobione przez ciężki sprzęt, który służy na budowach na polanie Drahobrat oraz do podwiezienia turystów na wierzchołki Świdowca! My wysiadamy pod dolną stacją wyciągu na Stih. Dalej już tylko piechotą…Polana powoli zabudowywana jest różnorakimi budowlami w większości podobnymi do Gargamelowego zamku. Obok też stoją stare pamiętające jeszcze „dobre” czasy sowieckie. Wszystko sprawia wrażenie tymczasowości, braku harmonii z przyrodą, bałaganu połączonego z brakiem gustu. Szybko opuszczamy to miejsce z niewesołymi minami…
Polana Drahobrat 1.jpgPolana Drahobrat 2.jpg
Powoli wspinamy się na przełęcz pod Bliźnicą. Po drodze, na szlaku mijają nas terenowe lexusy, land cruisery, pajero i zwykłe „gruzawiki” z pełną paką turystów…Nagle słyszymy okropny ryk: to dwaj miłośnicy motorów crossowych, którzy w szaleńczym pędzie wjeżdżają na sam wierzchołek Stiha (1707 m)!!! Niestety z takimi zjawiskami spotykać się będziemy jeszcze kilka razy…Na przełęczy pod Bliźnicą robimy krótki odpoczynek. Wokół zieleni się Świdowiec… Jesteśmy zachwyceni widokami, choć od czasu do czasu ciszę lub wesołe granie na piszczałce huculskich pasterzy przerywa warkot silnika…
Widok na Bliźnicę.jpgA dookoła góry...widok na polanę Drahobrat.jpg
Wędrówka na Bliźnicę zajmuje nam trochę czasu. Jest to wynik braku aklimatyzacji jak również samego profilu tych gór: ostre miejscami podejścia i równie ostre zejścia. Czarnohora była pod tym względem łaskawsza choć wysokości o blisko 200 m większe. Nic to, trzeba przywyknąć!
Na Bliźnicy spotykamy miłych Ukraińców (zresztą sam szczyt oblegany jest jak Tarnica), z którymi wymieniamy się adresami mailowymi (trzeba przesłać zdjęcia!) a ja daję Sergijowi foliowaną mapę Ukraińskich Karpat, z której nie spuszczał wzroku, ciągle ją zachwalając, że taka porządna, że u nich takich nie ma… W zamian dostaję ich „setkę” sięgającą Sywuli i Końca Gorganu… Rozmawiamy o turystyce na Ukrainie, znakowaniu szlaków, wędrowaniu przez parki narodowe…Okazuje się, ze Sergij jest dziennikarzem i organizatorem konferencji zachęcającej młodych Ukraińców do wędrowania po górach „bez pomocy moto-techniki”. Na moją odpowiedź, że w Polsce w każdym parku narodowym można jedynie wędrować szlakami reaguje zdziwieniem i stwierdzeniem, że „całe szczęście na Ukrainie jeszcze tego nie ma!” i dodaje: „oby jak najdłużej”!!!…Kręcimy się z nimi jeszcze trochę po szczycie, odnajdujemy przy pomocy kompasu(!!!) okalające Bliźnicę wierzchołki gór. Było bardzo miło a jak brzemienne w skutki będzie to spotkanie dowiem się, niestety, następnego dnia! Zbliża się godz. 13-ta a to oznacza, że coraz bliżej słychać pomruki nadchodzącej burzy. Przez kilka dni będzie to prawidłowość.
Na Bliźnicy.jpgPanorama Świdowca.jpg
Szybko więc schodzimy ze szczytu na przeł. Pod Bliźnicą, trochę odpoczywamy a następnie wydłużając coraz bardziej kroki (burza coraz bliżej) trawersujemy Stiha i kolejne wierzchołki. Niestety nie dane nam dziś dojść do jeziorka pod Todiaską. Zaczyna padać i już całkiem blisko grzmieć… Postanawiamy zejść trochę niżej w kocioł z widocznym z góry strumykiem. To dobre miejsce na biwak.
Pierwszy biwak na Świdowcu...w dali Stih.jpg
Otrzymuję sms, że reszta ekipy, która atakowała Bliźnicę z Kwasów wycofuje się, bo już u nich ulewa i burza. Okazało się, że wyszli za późno i nawet nie doszli do szczytu. Jesteśmy więc forpocztą wyprawy i tak niestety pozostanie do końca…Część się wycofa z powodu chorób (głównie zatrucia pokarmowe), część po prostu nie da rady...Trochę nam przykro, że nie wszyscy serio potraktowali te góry. Duże odległości, braki kondycyjne i brak w pobliżu siedzib ludzkich (do świdowieckich wsi należałoby schodzić kilka godzin) a także niemożność pokonania tzw. „kryzysu woli” to główne powody wykruszenia się ekipy.
Wyłączamy komórki, bo burza jest już nad nami. Błyskawicznie rozkładamy namioty i chowamy się przed drobnym deszczem. Po godzinie burza mija i wychodzi słońce. Jest dopiero 16-ta i można jeszcze iść dalej, ale postanawiamy pierwszą noc w górach spędzić właśnie tu. Jemy szybką kolację: jakieś kanapki, zupka „chińska pikantna”… Wokół robi się cicho; gdzieniegdzie tylko pobekują owce i słychać delikatne dźwięki piszczałek…Jest pięknie… Przypominają mi się fragmenty Vincenzowkiej epopei "Na wysokiej połoninie"... Nie wiem kiedy zasypiam…
(cdn)


Odpowiedz z cytatem