Dzień dziewiąty: 13.07
Pobudka o godz. 4.00, szybko ubieramy się i wyruszamy na skrzyżowanie. To około 1,5 km wędrówki. Jest chłodno i pochmurnie. Na skrzyżowaniu już są pierwsi mężczyźni. Upewniamy się czy jadą „na Gorgan” i czekamy na pojazd. Pojawia się około 5.30… Jest to ciężarówka na potężnych kołach z blaszaną budą (podobny do naszego „osinobusa”).
Takim pojazdem ruszyliśmy w Gorgany.jpg
Kierowca bez problemu wskazuje miejsce, gdzie mamy usiąść. Ponieważ jedziemy najdalej siadamy zaraz za szoferką. Powoli ruszamy, ale zatrzymujemy się dość często by zabrać ludzi jadących do pracy. Robi się tłoczno, ale też i wesoło. Mężczyźni pytają skąd jesteśmy i gdzie idziemy. Kiwają tajemniczo głowami. Podróż trwa już prawie 2 godz. Aż wreszcie zatrzymujemy się i wszyscy wysiadają. Okazuje się, że „na Gorgan” jedzie inny samochód – ciężarówa ze zwykłą „paką”. Trudno, trzeba się przesiąść… Teraz dopiero zaczyna się prawdziwa jazda!
Jazda na pace gruzawika....jpg
Samochodem telepie na wszystkie strony. Poruszamy się wąską, stromą dróżką. W dole jakieś 50 metrów niżej snuje się potok Płajska. Po kilku minutach zjeżdżamy własnie w jego kierunku by przeprawić się na jego drugą stronę i znów w górę. Trzęsie niemiłosiernie a my trzymamy się jedynie burty. Plecaki podskakują i są już potwornie brudne. Co chwila trzeba się schylać by nie otrzymać ciosu od zwisającej gałęzi. Samochód aż jęczy, gdy wspina się mozolnie na kolejne podjazdy, ale nie poddaje się.
Dolina potoku Płajska podchodzi prawie pod samą Ruszczynę. Jeszcze kilka lat temu jeździła tędy kolejka wąskotorowa wożąca w górę drwali a z powrotem drewno. Teraz z konieczności muszą to robić samochody. Jadąc „na pace” dobrze widać dziki charakter tej doliny. Dookoła nie ma nikogo, co potęguje jeszcze bardziej poczucie dzikości tego miejsca. Wokół, wśród mchów, rosną potężne świerki i limby. Wydaje się, że zza zakrętu zaraz wyłoni się jakiś „grizzly” albo przemknie stado jeleni. Nic z tego, trudno dostrzec jakiekolwiek zwierzę, nawet ptaki gdzieś się pochowały. Jednak niesamowitość tego miejsca, jego piękno, dzikość, potęga gór, powala na kolana…
Mijamy resztki starej klauzy Płajska i po 30 minutach dojeżdżamy wreszcie „na Gorgan”. A więc „dobre” się skończyło. Wysiadamy…
Przy sprzęcie drwali w Gorganach.jpg
Drwale wskazują nam drogę wzdłuż potoku – „eto wojenna doroha” – mówią. Okazuje się, że jest to zarastająca ścieżka przecinana co chwila jakimiś mikro – strumykami, wyłożona miejscami drewnianymi balami. Trzeba bardzo uważać, bo jest ślisko a miejscami wychodzimy dość wysoko. Po pół godzinie marszu dochodzimy do miejsca dawnego wyrębu, gdzie wg drwali mamy przejść na drugą stronę potoku i wspiąć się na położony na północnym-wschodzie grzbiet (przynajmniej tak wynika z mapy). Znajdujemy się w urokliwym miejscu i tu, na wielkim świerkowym pniu, postanawiamy zjeść śniadanie. Trzeba się wzmocnić przed dalszą drogą...
Mija godz. 9 -ta. Ruszamy w górę… Na początku trudno znaleźć właściwą ścieżkę; jest ich kilka, niektóre zarośnięte (widać, że kiedyś tu były), niektóre rozjeżdżone przez ciężki sprzęt… Trochę zaczynamy się miotać… aż wreszcie postanawiamy po prostu wejść na ten grzbiet. Pniemy się więc w górę aż wychodzimy na niewielką polankę wśród wyrębu… Za plecami mamy szczyt Końca Gorganu. To mnie uspokaja – idziemy we właściwym kierunku. Postanawiamy trochę strawersować wyłaniający się szczyt i … wchodzimy w 2 metrowej wysokości paprocie. Nie zmieniamy kierunku – musimy wejść na ten szczyt. Pokonujemy kolejne metry wysokości i zwalone potężne świerki. Wreszcie po 1,5 godzinnej wspinaczce, nagle, wychodzimy na ścieżkę, na której, ku naszej uciesze, stoi graniczny słupek 17.
Trafiliśmy na szlak...słupek graniczny.jpg
Jesteśmy na przedwojennej granicy II Rzeczpospolitej. Nawet niebo czci nasze „osiągnięcie” – spada rzęsisty deszcz. Chronimy się w gęstwinie świerkowych gałęzi, ale to niewiele pomaga. Na dodatek znów zaczyna grzmieć. Wszystko trwa około 15 minut. Idziemy dalej…
W samo południe, pokonując kolejne wzniesienia i „dołki”, mijając urwisko skalne „Piekło”, stajemy przy ruinach dawnej polskiej strażnicy i schroniska na Ruszczynie. To dobre miejsce na biwak (jest źródło Bystrzycy Sołotwińskiej i kilka innych źródełek z doskonałą wodą) a także skrzyżowanie wielu gorgańskich szlaków. My postanawiamy wejść na Sywulę.
Ruiny polskiego schroniska na Ruszczynie....jpg
Idziemy czerwono oznakowanym szlakiem na Małą Sywulę by po 30 minutach (tak jak opisuje to przewodnik) przy niewielkim kopczyku z kamieni skręcić w lewo na ścieżkę trawersującą Małą Sywulę w kierunku przełęczy między oboma Sywulami. Ścieżka prowadzi przez coraz większe gołoborza i miejscami kosówkę. Obawiałem się tej części naszej trasy właśnie z uwagi na to „morze kamiorów”, ale niepotrzebnie. Idzie się nieźle, choć należy uważać, wzajemnie się ostrzegać i ubezpieczać.
Gorgan w całej okazałości.jpg
Wielka Sywula na razie tonie we mgle choć Mała oświetlona jest przez słońce. Mijamy dobrze zachowane okopy z I wojny światowej i wkrótce wychodzimy na przełęcz. Oczom naszym ukazuje się wreszcie Wielka Sywula.
Rów strzelecki z I wojny światowej....jpgWielka Sywula.jpg
To już naprawdę niedaleko, ale przez potężne bloki skalne. Tu należy zachować szczególną ostrożność! Na szczycie spotykamy, a jakże, rodaków. Kilka uwag o trasie, pytanie skąd i dokąd idą, pozdrowienia…
Sywula zdobyta....jpgMała Sywula.jpg
Znów zaczyna grzmieć, więc schodzimy w dół…by po drodze znów natknąć się na Polaków. Tym razem to ratownicy GOPR-u (przynajmniej takie mają polary), jak się okazuje na krótkim wypoczynku w Gorganach. Zejście też nie jest takie złe. Większe kamienie nie pozwalają na osunięcie się, gorzej na szutrze w dolnej partii ścieżki. Przy wyjściu z lasu spostrzegamy jarząbki, które niestety uciekają zanim mogłem je sfotografować. Znów stajemy przy ruinach schroniska. Ponieważ jest dopiero godz. 14.30 postanawiamy iść w kierunku Przeł. Legionów. W tej decyzji dodatkowo utwierdzają nas spotkani jeszcze przed wejściem na Sywulę Ukraińcy. Nie ma sensu pchać się w nieciekawy szlak i w dodatku bez kompasu!
Wędrujemy więc w odwrotnym kierunku. Chcemy zobaczyć Przeł. Legionów (nazywaną też, zwłaszcza przez miejscowych, Rogodze Wielkie) a także Rafajłową (Bystrzyca) tak związaną z Legionami. Ścieżka cały czas prowadzi przez wycięty pas graniczny, miejscami przez wiatrołom, ciągle wznosząc się i opadając. Niektóre podejścia są bardzo męczące (omijanie powalonych drzew lub przełażenie przez nie). Ważne, że nie sposób się zgubić – idzie się od słupka do słupka. Mijają kolejne godziny wędrówki i zaczynamy mieć powoli dość. Po około 12 godz. marszu wychodzimy na przełęcz pod Taupiszem, gdzie zamierzamy zanocować (tu w dolinie po lewej stronie widoczny szałas pasterski i źródło). Cieszy nas widok rozłożonego obozowiska przez spotkanych na Ruszczynie Ukraińców. Wskazują nam źródło, które trudno byłoby nam znaleźć, ale najważniejsze - będzie nam raźniej spać na tym odludziu. Rozbijamy namioty, robimy kolację, trochę gaworzymy z sąsiadami…Zmęczenie zarówno ich jak i nas szybko usypia...
(cdn)


Odpowiedz z cytatem