No dobra, koniec z rydzykami.....
Jest sprawa! Pełen dobrej woli.... sknociłem!
Polazłem na ubocze mego miasta, celem zebrania bylicy piołun..... Chciałem tym zabełtać trochę w moim specyfiku...... Tak, nazbierałem, ususzyłem, zmieliłem w ilościach imponujących razem z miętą (zieleń od zieleni nie do rozróżnienia) i zalałem to. Wszystko teraz nie wygląda jak stara zarośnięta i zapuszczona woda z kałuży, a pachnie jak babciny amol (a nawet i mocniej), jednak nie wątpię że sam tego pić nie będę- wszak to nie trucizna.....
Problemy są dwa!
1. Bylica to jest, jednak po podaniu zdjęć na jakieś forum botaniczne okazało się ze nie piołun. Liczyłem ze tym razem razem z Irasem będę widział niedźwiedzie..... Mówi się trudno. Jednak czy u kogoś to rośnie?
2. Wysuszone zioła niby na powrót ożyły, zabarwiły się, napęczniały.... jak uważacie? Sączyć to przez skarpetę (albo coś) czy wsadzić na jeszcze jeden recykling - "co by zbędnej wody nie nosić"?? Szacowana woltawność obecnie to ok 70 jednostek, więcej jak na mój gust to dość skrajne wartości....


Odpowiedz z cytatem