Hej:)
Synantropijne zwierzątka już nie zaskakują. Tak jak kiedyś dawno temu sokoły wędrowne na PKiN w stolycy. Jak jeszcze niedźwiadki zaczną zaglądać do miejskich śmietników, to już będzie wszystko OK i jak w Ameryce:D Co raz trudniej o dzikie spotkania...
Ja wspomnę dzikie spotkanie z kozicą w Tatrach. Rzadko można mieć 'przyjemność' tak bliskiego spotkania z tym zwierzakiem, choć do obecności ludzi są przyzwyczajone aż za bardzo. A było to tak. Szedłem sobie szlakiem z Morskiego Oka do 'Piątki' przez Świstówkę Roztocką, pogoda była wyborna, pora późna i trawers po Miedzianym i wschodnim stoku Świstówki robiłem przy zachodzie słońca. Ale była ładna poświata, powietrze przejrzyste. Nie spieszyłem się, bo i tak resztówkę drogi miałem do zrobienia niemal po omacku, ale kto by się przejmował. Wyłożona kamorami droga bieleje tam przecież w czarną noc wyraźnie i można iść, byle nie za szybko. Gdy stanąłem na przełamaniu kolejnego żebra na trawersie Roztoki i zabrałem się do zejścia w mały kociołek zobaczyłem na sąsiednim żeberku sylwetki kozic. Ładnie się prezentowały na tle zorzy zachodniej, czarne, ostre kontury w dostojnych pozach. Ale były daleko więc po chwili ruszyłem w dół, do kociołka, i tam, na wielkiej, prawie poziomej wancie rozłożyłem się sycąc płuca aromatycznym dymkiem z kiepa zwanego Popularnym i ogrzewając schłodzone wieczornym ziąbem plecy o rozgrzaną przez cały dzień wantę. Tak sobie tam leżałem, smaliłem ciuka, napawałem się ciszą, niezwykłym w ten czas spokojem w górach - nawet nie łoskotały kamienne lawinki po grzędach i pionach, jak to czasem po gorącym dniu się dzieje, gdy skały gwałtownie stygną - nad górami unosił się tylko lekki poszum potoków z dolin i nic więcej. W pewnym momencie usłyszałem dziwne sapanie, jakby nieco astmatycznego turysty w połowie wypoczynku na Świnicy. Wancisko leżało tuż przy szlaku, a jego górna krawędź była tak z metr nad 'podłogą' więc niewysoko. Odwróciłem się powoli całym ciałem w kierunku dźwięku i zamarłem. Dosłownie może metr, może dwa metry ode mnie wpatrywały się we mnie czujne oczy starego kozła. Widać przywykł do tego, że za dnia tu walają się czasem jacyś ludzie, ale o tej porze już zwykle mało kto tędy chadzał i wyszedł ów zwierz posprawdzać, co tam przy szlaku. Był bardzo zaskoczony moją obecnością i chyba tym, że sam odważył się tak blisko podejść do tego dziwnego stwora, leżącego niemal po ciemku na głazie i wypuszczającego z siebie kłęby smrodliwego dymu. Mierzyliśmy się wzrokiem dłuższy czas i czułem, że gdy przestanę patrzeć mu w oczy, umknie i tyle będzie z tego spotkania. Więc wpatrywałem się w te jego ślepia, on w moje i błagałem w duchu, aby trwało to jak najdłużej. Odruchowo zaciągnąłem się papieroskiem czując niesamowite napięcie, nieco przypominające to, które dopadło mnie przed maturą z matematyki:D Wytrzymał i ten ruch ręki, ale gdy wypuściłem z ust kolejny kłąb dymu, skoczył. Nad wantą, nade mną i w górę po stromawym stoku grzędy. W ułamku sekundy zniknął za przełamaniem stoku, a po nim został tylko odór zwierza i wyraziste wspomnienie jego oczu.
Jeszcze wiele razy później tam zachodziłem z myślą, że może uda mi się natknąć na tego kozła, albo którą z jego pań lecz to był tylko ten jeden, jedyny raz. Efektem tych miniwyprawek było za to kilka pysznych zachodów słońca uwiecznionych na slajdach ORWO. Wyblakły już niestety tak, że chyba trzeba będzie tam znów się wybrać w lipcowy czas i poleżeć na wancie... Może któryś jego kuzyn zapała taką samą ciekawością do ludzi, co tamten?
Pozdrawiam,
Derty


Odpowiedz z cytatem
