Chwilę zastanawiałem się gdzie wkleić ten artykuł ZOSTAWCIE KAWAŁEK ŚWIATA Hanny Samson Równie dobrze pasuje tu, jak do działu o Zakapiorach czyProponowanej dyskusji o finansach przy okazji artukułu o Zajeździe pod Caryńską źródło: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-...ek_swiata.html

Jak sprzedać Bieszczady? Pytanie padło w "Dużym Formacie" i wbiło mnie w fotel. A więc to może się zdarzyć...

Skoro nie pytają, czy sprzedać, tylko jak to zrobić, sprawa wydaje się już przesądzona. Decyzja o sprzedaży podjęta. Kto ją podjął? Nie ma znaczenia, na pewno ktoś podchwyci. A zresztą, czy tu w ogóle potrzebna jest decyzja? Skoro mamy coś, co nie przynosi zysków, choć może trzeba to zmienić. Oczywiste, prawda? Cały "Duży Format" wypełniają opowieści o Bieszczadach. O tym, co różni je od reszty świata. O mitach, które je tworzą i które znamy także my, mieszkańcy aglomeracji i miasteczek, w których pieniądz zastąpił wszystkie mity i rozmyślania o tym, jak żyć. Żyć tak, żeby zarabiać pieniądze. I niech pieniądze zaczną w końcu rządzić Bieszczadami. Jak je sprzedamy, to od razu się poprawi. Wyrosną piękne hotele i centra handlowe. Następne pokolenia z niedowierzaniem będą słuchać opowieści o tym, jak kiedyś tu było.

- Naprawdę żyły tu żbiki?



- Jasne, sam kiedyś spotkałem się z jednym oko w oko, ledwie uszedłem z życiem.

Będziemy wspominać dzikość przyrody i trudne warunki życia, pogryzając Big Maca, a miejscowi artyści nie nadążą z produkcją pamiątek, więc nadciągną nowi. A jak wpadną na dobry pomysł, to będą mogli sprzedawać swój produkt z naklejką "Teraz Polska", co nobilituje i gwarantuje jakość wyrobu. Weźmy za przykład Zakopane, które umiało sprzedać siebie i swoje produkty też umie sprzedawać. I nie ogranicza się do zasobów lokalnych, tylko promuje całą Polskę. Wiem, bo niedawno dostałam stamtąd prezent, który dostarczył mi wzruszeń. To była makatka, taka, jakie kiedyś były haftowane i wisiały w kuchni, zwykle miały napis w rodzaju: "Dobra gospodyni dom wesołym czyni" albo "Jak żona gotuje, to mężowi smakuje". Ostatnio widziałam makatki wyhaftowane przez Anię Zajdel o treściach zmodyfikowanych feministycznie, ale makatka zakopiańska sięga do niemodyfikowanej mądrości narodu i turystę hojnie nią obdarza, mieści się na niej aż siedem aforyzmów, jest i "Czym chata bogata, tym rada", i "Polak głodny to zły", i "Kobieta do patelni, mężczyzna do kielni", i wszystko w jednym, i do tego z naklejką "Teraz Polska". Makatka oczywiście nie jest haftowana, bo kto by tyle makatek wyhaftował, ile turyści kupią, więc wszystko elegancko wydrukowane. Zapewne i w Bieszczadach coś wymyślą albo ten sam producent oba regiony obsłuży, bo treści uniwersalne, a rynek będzie się kręcił aż do zawrotu głowy ze szczęścia.
Gdy byłam mała, jeździłam z rodzicami i ich przyjaciółmi do Karwi. To była mała wioska, kilka chałup, oprócz nas i mieszkańców nie było nikogo.

Gdy moja córka była mała, też z nią jeździłam do Karwi, która już się rozrosła. Nowe domy, więcej ludzi, ale jeszcze wyglądało na to, że przyjechaliśmy tu wszyscy, żeby odpocząć od tego, co mamy na co dzień.

Aż przyszedł rok, kiedy Karwi nie poznałam. Na środku było wielkie targowisko, a zewsząd dobiegała muzyka. Tłum kręcił się między kramami, w których można było kupić wszystko: dresy, koszulki, kostiumy, kalosze, no naprawdę wszystkiego w bród i wszystko takie samo jak w domu, a oprócz tego jeszcze pamiątki znad morza, pod postaciami Matki Boskiej lub stateczku na podstawce z muszelek, z których można zrobić wszystko, i aż dziwne, że nie wszystko się z nich robi.

Jak dziś wygląda Karwia? Nie mam pojęcia, nie jeżdżę.

Z Bieszczadami jest zupełnie inaczej. Też w nich nie byłam od lat, łączą mnie z nimi tylko wspomnienia z młodości, kiedy na kilka miesięcy wyrwałam się z systemu. I przez następne lata wiedziałam, że jak już nie dam rady dalej tego ciągnąć, to rzucę wszystko i wrócę w Bieszczady, które przecież są tam, gdzie były.

Niedawno rozmawiałam z młodą kobietą, ma troje dzieci, które wychowuje sama, a przynajmniej się stara. Sama też na te dzieci zarabia, co nie jest łatwe, bo nie ma stałej pracy. Jej synek chodzi do przedszkola, które jest daleko od domu, ale za to jest cudowne i on je kocha. Więc ta kobietacodziennie wiezie synka kilkoma środkami komunikacji miejskiej, potem wraca, potem jedzie po niego, potem wraca z nim, co zajmuje jej cztery godziny. Te podróże odbywa z psem, ponieważ pies nie może zostawać sam w domu, bo wyje i szczeka, i sąsiedzi wzywają policję.

- Skąd masz na to siły? - zapytałam.

- Mówię sobie, że jak będę miała dość, to wyjadę w Bieszczady - odpowiedziała.

Bo czy da się przetrwać w tym systemie bez nadziei, że istnieje wyjście?

Bardzo proszę, zapomnijcie o Bieszczadach. Zostawcie je tym, którzy może nigdy tam nie pojadą, ale bez Bieszczad mogą nie przeżyć.