W takim razie mieszkamy rzut moherkiem od siebie:) Obecnie nie jestem zdolny do jazdy, rower w naprawie. Lecz jeśli kiedyś chciałabyś się przejechać to nie mam nic przeciwko:) pozdrawiam, Romek.
W takim razie mieszkamy rzut moherkiem od siebie:) Obecnie nie jestem zdolny do jazdy, rower w naprawie. Lecz jeśli kiedyś chciałabyś się przejechać to nie mam nic przeciwko:) pozdrawiam, Romek.
Na pewno kiedyś skorzystam z miłego towarzystwa :) dzięki
fab3, faktycznie masz problem, mój narzeczony przeprowadził się z woj. podkarpackiego (co prawda nie Bieszczady, ale spokojna i ładna okolica) w łódzkie i jest zniesmaczony. Na razie daje sobie jakoś radę, przynajmniej ma za czym tęsknić :)
Ostatnio edytowane przez solina ; 09-09-2006 o 20:09
Ja mam za czym tęsknić.Znam je na wylot,znam ludzi i ich mętalność,znam lato,jesień,zimę,wiosnę.......
No, Buba, piknie napisałaś... :D Kto da więcej?Mój start w Bieszczady odbył się troszkę wcześniej :D Właśnie niedawno minęło kolejne okrągłe dziesięciolecie. I wcale wtedy nie poznałem 'słynnych' zakapiorów. Bo oni wówczas tam nie byli wstawiani na piedestały postaci legendarnych. To przysło później. Po prostu byli i wielu z nich zobaczyłem w roli zwyczajnych ludzi ciężko walczących o byt. Nawet nie wiem, czy dobrze kojarzę ich 'nicki'.
Zaczęło się, gdy jeszcze panował w tym kraju ustrój sprawiedliwości społecznej, a ja wyjeżdżałem na obozy organizowane przez firmę ojca. Ten najważniejszy obóz trwał równe 4 tygodnie, a został ulokowany w stałym miejscu - w Starym Siole przy dawnej leśniczówce (albo gajówce-tego akurat dobrze nie pomnę).
Od przyjazdu otrzymałem od tych gór serię wspaniałych lub nietypowych przeżyć. Pierwszego dnia polazłem za tory kolejki, przy których stało obozowisko, na tzw maliny. I stanąłem oko w oko z chmarą jeleni. Teraz tam jelenie chyba już nie podchodzą - za dużo cywilizacji. Tego samego dnia dusiłem się po raz pierwszy w życiu w kopciu z bieszczadzkiej ciuchci, wysłuchując kąśliwych żarcików na nasz temat od jadących na lorach robotników leśnych. Było coś o świeżym mięsie dla wilków itp. Tego samego dnia poznałem też okrutną rzekę Wetlinkę. Schodząc ze skarpki nabrzeżnej, aby umyć zęby, poślizgnąłem się po raz pierwszy na tamejszym błocku. Umyłem się od razu cały ciesząc się, że mogę też myć nadal zęby.
A następne dni i tygodnie to były bezustanne wyprawy i włóczęgi po połoninach (Wetlińska nie była wtedy rezerwatem), wysiadywanie pół dnia na serpentynach nad Berehami w oczekiwaniu na stopa do Wetliny, gdy nasz kierowca nieco pokrzepił się piwkiem, przemykanie ukradkiem doliną Wołosatego, gdzie w zasadzie nie wolno było chodzić, odkrywanie Dwernika Kamienia, Otrytu, Magury Stuposiańskiej ścieżkami zupełnie zwierzęcymi, nie szlakiem, pierwsza burza letnia nad Tarnicą, urzekająca cisza Caryńskiego, zapomniane już mielerze, ich niezwykły zapach i próbowanie wódki z robotnikami-wyrokowcami, usmolonymi, jak przystało na węglarzy 'na Murzyna', słuchanie o tym, jak to Janek, czy inny Stasio zapadł się w żarzącą pryzmę bukowego drewna i nic z niego nie zostało, spoglądanie z władczą miną z Hnatowego w dalekie, zielone doliny. Nawet Zalew był wtedy inny, pusty, spokojny, a od strony Chrewtu zupełnie dziki, aż przerażający. I Jasło było inne i Łopiennik i droga na Wołosań i na Chryszczatą. Tamta wyprawa była chyba najświetniejszą wyprawą mojej młodości. Zmącił nieco jej smak widok wojska pilnującego Mucznego niczym centrum lotów kosmicznych, ale poza tym nawet milicyjna kontrola w obozie zamieniła się w wesołą pogawędkę.
Kto tam teraz pamięta wieczorne oglądanie dziennika TV w świetlicy w Wetlinie wraz z miejscowymi. Gapili się w ekran, przepijali opalizującym płynem w musztardówkach, coś tam sobie wyjaśniali na zewnątrz izby i wracali pocharatani dalej patrzeć na daleki, obcy świat z ekranu. Kto z Was mógł wjechać do Moczarnego kolejką? Kto pamięta, jak się szło na Mylniów i Zdegową od dołu, albo ze ścieżki na Dziale? W tych mini wyprawach pomagał nam dzielnie kierowca obozowego Stara. Podwoził nas lub zabierał z umówionych punktów w górach dzięki czemu w jeden miesiąc poznaliśmy kawał Bieszczadów. A wszystko z marną mapą bodaj WZKartu i książeczką z serii Przyroda Polska. To było jak odkrywanie zamorskich krajów. Teraz już nie robi wrażenia widok jeźdźca wlokącego się na kobyle znakowaną ścieżką po stokach Caryny. A wtedy, gdzieś na ścieżynach u stóp Smereka nagle zza zakrętu wynurzał się jeździec przypominający strojem westernowego idola, pozdrawiał i odjeżdżał w nieznane, za swoimi sprawami, a ja stałem i gapiłem się za nim i zaczynałem marzyć. Zapamiętałem dokładnie pieczenie barana kupionego od podhalańskiego bacy, sraczkę 3/4 tych obozu po żętycy, furmanki pod dyskoteką w Polańczyku, albo zwyczajne leżenie przez chyba 4 czy 5 godzin na Haliczu i słuchanie opowieści wiatru przeplatanych krzykami orlika- nikt wtedy tam prócz nas nie przyszedł. Bardzo mi zapadła w pamięć tamta wyprawa, te niezwykłe obrazy i ludzie. Wtedy to był kawałek tamtejszego, naturalnego stanu rzeczy, a nie namiastka, marne kopie, komercyjny erzatz, jak obecnie. A później zetknąłem się z innymi górami. Gorce, Żywiecczyzna, Wyspowy, Sądecki, Tatry, wreszcie Alpy. I powiem na zakończenie – od lat wracam w Bieszczady, a w inne góry tylko jeżdżę...
Rano robimy nic. Lubimy to robić (Z Bertranda, 2011)
właśnie, wziąłby człowiek amunicję
eksportową śliwowicję
drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
"przedsięwzięto ekspedycję" (MamciaDwaChmiele,2012)
Pięknie...pozazdrościć.
Ano, tylko... Ja zaczałem Biesy poznawać nie wiem kiedy, jakiś 79/80/81 rok to był, a ja byłem 6/7/8 letnim gówniarzem. Jeździliśmy wtedy do Bereżek. NIestety, aż tak pięknych wspomnień jak Derty czy Buba nie mam... Pomagałem wtedy paść krowy córce gospodarza, u którego mieszkaliśmy, mojej rówieśnicy. Paść zresztą to złe słowo - rano dorośli je wyganiali, a potem wieczorem myśmy szli po krowy do lasu i przyganiali z powrotem. Do lasu, bo bydlęta miały zwyczaj wędrować z łąk ponad wsią, a to na Przysłup Caryński, a to gdzieś na stoki Berda (909 m.)... Resztki zagród i stare studnie na Caryńskim, raz w takiej studni znależliśmy utopioną owcę....
Na drugę stronę Wołostatego, w las na stoki Widełek, chodziło się na maliny, zwiedzajac przy okazji niesamowitości w rodzaju nasypów i przyczółków mostowych kolejki leśnej, wylewajac wodę z gumowców po przeprawie w bród przez rzekę... Bajdełej, całe Bereżki pielgrzymowaly wtedy po wode z potoku do mostku na Bystrym, na początku wsi od strony Lutowisk, bo nie było wodociągu ani nawet hydroforów przy studniach, a woda w nich nie zawsze nadawała się do picia... Pamiętam wyprawy z tatą na San, na ryby (ja tylko asystowałem, kija nie moczę), na Muczne, na Tarnawę, na Sokoliki, rozjeżdżanie dużym fiatem po nadsańskich łąkach i drogach wyłożonych przez Igloopol (to już późniejszy etap) betonowymi płytami... Wypady na maliny, borówki i grzyby, w dolinę Roztoki, na stokówkę ponad Wołosatym na stokach Kańczowej - pierwszy raz widziałem tam przemarsz leśnych mrówek, szły nieprzerwanym strumieniem, dobre kilka minut, a strumień miał chwilami z metr szerokości... Samotne włóczęgi po rzece, po torfowiskach... Tropienie śladów niedżwiedzia na poboczu drogi, a potem w lesie, z duszami na ramieniu... Zwiedzanie hotelu na Mucznym, zaraz potem jak wyprzągł zeń rządowy ośrodek łowiecki - całe Bieszczady tam wtedy pielgrzymowały, ludziska jeździli popatrzeć... Który to rok mógł być?
Pierwsze wypady w góry, bodajże na Caryńską, jeszcze z mamą, i to jak wymiękałem na podejściu, i falowanie traw na szczycie... Ech, tysiące obrazów.
To se już ne wrati...
Pozdrawiam
mj
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)