Z tym obyczajem wiąże się jedna z kilku historii o podobnym podłożu, których byłem świadkiem a to w Bieszczadach, a to w Niskim, a to wreszcie w Tatrach. Ta BieszcZadzka była komiczna szczególnie. Zaszliśmy w czasach studenckich przez Niski w Bieszczady, gramolimy się z kumplem pod Rawki do bacówki, przed sobą widzimy niską postać obarczoną wielgachnym brezentowym plecakiem na nosiłkach. Doganiamy ją z trudem, bo idzie szybkim krokiem. Gdy jesteśmy już blisko, słyszymy rzucane w eter 'no kurdeńko, kurdeńko, nie teraz...no jeszcze troszeczkę' I dalej jakoś w tym stylu. Kumpel rzucił szeptem tekścik, że by nie niósł do michy ze spłuczką, tylko w krzakach ulżył sobie należycie i nie musiałby gadać do siebie na polu:D
W tym momencie rozległo się rozdzierające 'prrrrrrrr' i z dna plecaka runęła dosłownie kaskada konserw różnistych. Bo to było tak...że dziewczę też wybrało się w góraski, a miała dostawę wykonać dla znajomych gdzieś tam i jeszcze dla siebie pół plecaka żelastwa z mięsem taszczyło. Ale plecak był projektowany na max 40 kg więc urwało się denko raz, bidna przyfastrygowała je jakąś nitką i teraz oglądaliśmy drugi bunt przeciążonego sprzętu... Tak było kiedyś. Kto nie dał rady chetać kłusem z 30 kg na plerach ten nie wchodził do kategorii 'turysta kwalifikowany' :P



Odpowiedz z cytatem