Mójpierwszy raz... niech poomyslę. Początek lat 70-tych, szescioletni szczyl. Mój wujek był kierownikiem PGR w Czarnej przyjechałem z rodzinką w odwiedziny. W tamtych czasach pojazdem służbowym był koń, więc wujo wsadził mnie na takowego (do dzisiaj pamiętam, że nazywała sie Gama) i jedziemy do domu na górę czyli Harwaty (tak sobie mieszkał w zaciszu - to były czasy). Rodzinka tymczsem zapierniczała perpedes pod górkę ca 1 km. Zjechaliśmy sie z mimi przed domem, moja duma z "ujeżdżenia" rumaka osiągnęła zenit i... stało sie konik przeskoczył przez rów, a ja "zsiadłem" w połowie tago manewru. Do dzisiaj pamietam jak zapłakany wrzeszczałm, że nigdy nie wsizde na to bydle, ale wujek podjechał wziął mnie za kołnierz posadił na konia i powiedział "wziąłes konia ze stajni to go teraz odprowadź, jak teraz nie wsiądziesz to nie wsiądziesz nigdy". Kiedy dojeżdżałem do stajni nie pamietałem już o upadku, natomiast wiedziałem, że będę tu wracał. Po skończeniu podstawówki przyjeżdżałem w Biesy na całe wakacje. Spędzałem całe dnie (a czsem noce) na koniu w górach...(ale to już chyba nie ten wątek)


Odpowiedz z cytatem