Będąc w sierpniu w Tarnawie, paskudnie przecięłam stopę; w fatalnym miejscu (owej stopy) - mniej więcej w połowie. Fontanny krwi, pogotowie, szpital w Ustrzykach Dolnych, szycie mojej nieszczęsnej nogi (wielkie ukłony dla Oddziału Ratunkowego tego szpitala, oraz załogi karetki pogotowia ratunkowego z Lutowisk).
Cały następny dzień spędziłam na Tarnawie unieruchomiona uzupełniając zaległości w lekturze, zazdroszcząc wszystkim zmierzającym do Bukowca, wędrujących w butach.
W butach! Wszystko jedno w jakich - ale w Butach!!!
Ja na swoją biedną stopę nie mogłam nałożyć niczego, poza biednymi sandałkami kupionymi za grosze na targu w Dukli. Była środa. W czwartek opatuliłam moją stopę i w tych sandałkach przeszłam trasę z Tarnawy Niżnej do Sokolik. I była to najpiękniejsza, najbardziej cudowna wyprawa moja tegoroczna. Niebo błękitne po horyzont - szklana niebieska bania bez jednej chmurki, szaleństwo kolorów i zapachów kwitnących łąk. Żywego ducha. Szłam po świeżych tropach niedźwiedzia (który zapewne obserwował mnie z bezpiecznej odległości)...
I tak sobie myślę, co powiedziałby o mnie bieszczadzki turysta w luksusowych górskich butach, z całym szpanownym ekwipunkiem, gdyby mnie spotkał w tych sandałkach, na końcu świata, i w takim pejzażu.
Zdobywanie szczytów (głupoty)?