Wracając do głównego temtu owego postu.....
Nasza jesienna podróż rozpoczęła się jak to u mnie zwykle bywa, ze znaczym opóźnieniem i na miejsce, tzn. do "Wilczej Jamy" w Mucznem dojechaliśmy już późną nocą.... Pierwyj raz zawitałam w te progi, więc szczerze nie wiedziałam co jest dookoła mnie.... dostaliśmy mały domek nad stawami.... no nie dało się nie zauważyc, że jest nad stawami, gdyz szum spadająccej wody był powalający, szczególnie dla mieszczuchów, wyrwanych z codziennego pędu miastowego, spotegowanego przygotowaniami do ślubu..... A jakie niebo, a jak się fantastycznie oddycha...... normalnie kicałam jak małe dziecko ....... W pomieszczeniach, które słusznie przyjeliśmy za karczmę, jeszcze się świeciło, więc koniecznie i natychmiast trzeba było wypić pierwsze piwo ..... po pierwsze w Biesach, po drugie po długim okresie wstrzemięźliwości, co by zmieścić się w ślubne fatałaszki..... Wejście było trudne, o mały włos nie wywinełam orła po ciemnku, przez smacznie chrapiącego Aleksa, który rozwalił się akurat na środku przejścia no i oczywiście w najciemniejszym miejscu .....
.... taka pora już była, że raczej pustawo, ale piwko dla nas się znalazło .... I tak oto dotarliśmy i byliśmy i siedzieliśmy WKOŃCU w Bieskach..... a
"niby" wilki wyły całą noc...... /no co nie wiedziałam, że to psy ..../


Odpowiedz z cytatem