bertrand236
Poniedziałek, 9 października
Budzę się o 5 rano. Na schroniskowym termometrze zero stopni. Po śniadaniu wyruszam żółtym szlakiem na Wetlińską. Mijam zamkniętą budkę BdPN (4 zł do przodu!) i rozpoczynam wspinaczkę na Przełęcz Orłowicza.
Jest pięknie, rześko, słonecznie, kolorowo i cicho. Byłoby absolutnie cicho, gdyby nie moje rzężenie z płuc i dudnienie z obu przedsionków. Gdzieś w połowie drogi - gdy już muszę robić postoje co 100 metrów, by złapać oddech - dopadają mnie natrętne myśli w stylu: „co ja, k..., tutaj robię?!” albo „po ch... się tak męczę?!”. Oczywiście w myślach nie używam kropek. Ale gdy wychodzę nad linię lasu, dostaję natychmiastową i zadowalającą odpowiedź. Krystaliczne powietrze, w dali widoczna Tarnica, w dolinach resztki mgieł, na połoninie nikogo. Po to tu jestem.
Na przełęczy odpoczywam dłuższą chwilę i po raz pierwszy podczas tej wyprawy wyciągam mapę. Dopiero teraz zauważam denerwujący feler mojego Copernicusa – ścieżki są zaznaczone tym samym kolorem i tą samą kreską co poziomice. Masakra dla oczu. Nie daj Boże czytać toto w świetle latarki. Ale póki co mamy piękny poranek, więc ruszam dalej.
Pierwszą żywą istotę spotykam na Osadzkim. Sympatyczny koleżka rozsiadłszy się na skałkach popija w zamyśleniu piwo. Przysiadam się i zaczynamy rozmawiać. Jest nauczycielem ze Stalowej Woli, przyjechał samochodem w nocy i wieczorem wraca. Widać, że górski wirus dopadł go stosunkowo niedawno, bo chciwie wypytuje o Bieszczady i nie tylko. Opowiadam mu o swoim lipcowym wypadzie w Karkonosze, a on nieoczekiwanie zapala się do podróży w tamten rejon. Proponuje mi piwo, ale – jak dla mnie – na piwko jest za wcześnie. Sięgam do swojego plecaka po piersiówkę z „gorzką”. Noszę ją od samego początku pobytu w Biesach, ale dotychczas jakoś nie było okazji napocząć.
Na marginesie – kupiona eksperymentalnie na wyjazd wódeczka okazuje się niezwykle zacna. Pewnie niektórzy kojarzą „Polską” z Polmosu w Zielonej Górze. W identycznych butelkach ten sam producent wypuścił ostatnio „Gorzką”, a właściwie słodko-gorzką wódkę o mocno korzennym aromacie. Miodzio! Klasyczna „gorzka żołądkowa” się nie umywa.
Ale dość o tem. Kolega idzie na Smerek, więc wkrótce się żegnamy i ruszamy każdy w swoją stronę. Zbliża się południe i na połoninie się zagęszcza. Przy „Chatce Puchatka” zebrał się już całkiem spory tłumek. By odpocząć i zjeść kanapki dosiadam się do trzech dam w wieku... ekhm... słusznym. Są sympatyczne, porządnie wyekwipowane i nader rozmowne. Przyjechały z Wybrzeża, a do Chatki wspięły się głównie po to, żeby przekazać Lutkowi Pińczukowi pozdrowienia od swojej koleżanki. Chcę to zobaczyć, więc wchodzę za nimi do schroniska. Podchodzimy do barowego okienka, w którym urzęduje gospodarz. Jedna z pań pyta nieśmiało:
- Czy zastałyśmy pana Lutka?
- Owszem, to ja.
W odpowiedzi słyszy pisk radości.
- Mamy dla pana pozdrowienia od takiej to a takiej. Pamięta pan? Tej z Gdańska.
Lutek oczywiście „pamięta” i prosi re-pozdrowić. Panie wychodzą zachwycone. Już na zewnątrz z wypiekami na twarzach dzielą się wrażeniami ze spotkania ze słynnym zakapiorem.
- Myśli pan, że chciałby zrobić sobie z nami zdjęcie? – pytają mnie.
Zapewniam, że Lutek na pewno o niczym innym nie marzy. Sielankę na tarasie przerywa wejście stuosobowej wycieczki nastolatków. Nastrój pryska, więc postanawiam się ewakuować. Żegnam się z paniami i ruszam w stronę Berehów. Schodząc w dół mijam kilka zziajanych grup w strojach niedzielnych, które najwyraźniej postanowiły zrobić sobie relaksujący spacerek do schroniska. W oczach mają moje poranne pytania.
Na krzyżówce w Berehach pusto. Chce mi się pić, więc idę do sklepu. Naprzeciwko widzę starszą kobietę w laczkach, która na mój widok zawraca. Po chwili wyprzedzam ją i docieram do budki. Zamknięta na trzy spusty. Markotnieję, ale zza pleców słyszę głos: „Otwarte, otwarte!” Oczywiście kobietą w kapciach była pani sprzedawczyni. Z butelką coli wracam na skrzyżowanie, zapalam papierosa i siadam na metalowej barierce w oczekiwaniu na transport do Wetliny. Po przeciwnej stronie drogi młoda dziewczyna z kasy BdPN-u próbuje uśpić w wózku mniej więcej rocznego chłopczyka. Młody dłuższą chwilę marudzi, ale wreszcie pada. Jego mama siada po przeciwnej stronie jezdni i też wyciąga papierosy. I tak sobie bez słów siedzimy, dymiąc i uśmiechając się do siebie. Samochody przejeżdżają sporadycznie, a kierowcy tradycyjnie nie reagują na moje machanie. Wreszcie po godzinie od strony Wetliny podjeżdża bus. Wysiada kilka osób, a szofer zawraca i wyłącza silnik na poboczu. Podchodzę i pytam, czy jedzie do Wetliny. Kierowca potakuje, ale oczywiście musimy jeszcze poczekać na jakichś pasażerów. No to czekamy. Gdy po godzinie nikt się nie pojawia, kierowca zrezygnowany mruga do mnie światłami i jako jedyny ładunek zabiera do kabiny. Wysiadam przy „Bazie ludzi z mgły”, chcąc dać osławionej knajpie jeszcze jedną szansę. Tym razem nie jestem jedynym gościem, bo na zewnątrz siedzą jeszcze dwie osoby. Wracam do schroniska.
Wieczorne piwko na tarasie zostaje zakłócone pojawieniem się czterech dużych i łysych facetów. Podjeżdżają dwiema niezłymi brykami na warszawskich numerach, więc moja pierwsza myśl jest oczywista: ONI dotarli już w Biesy! Okazuje się jednak, że panowie przyjechali po prostu na nocleg. Właścicielka idzie pokazać im pokoje. Gdy wracają, są wyraźnie niezadowoleni. Z baru-recepcji docierają do mnie pojedyncze słowa świadczące o tym, że panowie są skłonni nocować, ale za znacznie mniejsze pieniądze. Podobno „w internecie pokoje wyglądały lepiej”. Dziwne, bo pewnie oglądałem te same strony i – jak dla mnie – pokoje wyglądają o wiele lepiej w naturze. Poza tym panowie nie sprawiają wrażenia ludzi z problemami finansowymi. Drobna właścicielka (zuch-kobieta!) się nie ugina i nie chce dać upustu. Godzi się jednak oddać połowę zaliczki. Panowie są tak ucieszeni zwrotem stówy, że przed odjazdem zamawiają po piwie i z właścicielką rozstają się w zgodzie. A ja się zastanawiam, gdzie znajdą inny nocleg - o tej porze, za takie grosze, w przyzwoitym standardzie...
Idę spać. Plany na jutro są dwa: zaległa Caryńska albo Rabia Skała. Może nawet Okrąglik? Rano się okaże.
Hej:)
No, okazuje się, że moglibyśmy założyć Podforum RzężacychAle jakież to cudowne później wyrównywać oddech na szczycie :D
Pięknie, pięknie...jakbym sam tam był, dobrze piszecie Panie Marcowy:D Dalej....
O tak - prowadziłem po nocy ludków na kursie z taką mapą. W moim Petzlu na żółtą żaróweczkę widziałem jeszcz co nieco, ale gdy ktoś przyświecił diodówką...wszystko znikało:D
Ostatnio edytowane przez Derty ; 20-10-2006 o 12:42
Rano robimy nic. Lubimy to robić (Z Bertranda, 2011)
właśnie, wziąłby człowiek amunicję
eksportową śliwowicję
drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
"przedsięwzięto ekspedycję" (MamciaDwaChmiele,2012)
cdn???????????????????? :D
pozdrawiam
Małgośka
Rano robimy nic. Lubimy to robić (Z Bertranda, 2011)
właśnie, wziąłby człowiek amunicję
eksportową śliwowicję
drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
"przedsięwzięto ekspedycję" (MamciaDwaChmiele,2012)
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)