Piątek, 6 października

Ze schroniska wychodzę po 9. W recepcji pusto. Obsługa pewnie jeszcze odsypia wczorajszy bal, więc zostawiam klucz w drzwiach i zmierzam ku dworcowi PKS. Opcje dalszej podróży są trzy - Ustrzyki Dolne, Górne albo Cisna. Jako pierwszy podjeżdża autobus do Ustrzyk Górnych. Los tak chciał. Przez szybę oglądam miejscowości o dobrze znanych nazwach, a po dwóch godzinach wysiadam w centrum Ustrzyk. Wstępuję do sklepu po mydło i film do aparatu. Starsi powinni pamiętać – niegdyś obrazy utrwalało się na takiej śmiesznej kliszy. Takowa pasuje akurat do mojej lustrzanki, zabytkowej Mamiyi, która waży ze 2 kilo. Wiedziony sentymentem postanawiam zakotwiczyć się w „Kremenarosie”. Przed schroniskiem spotykam kierownika (właściciela?), który prowadzi mnie „na ganek”, czyli do pokoju wydzielonego z barowej werandy. Warunki bardziej niż spartańskie, za to nocleg tylko 15 złotych. Zrzucam wór i idę na rekonesans po Ustrzykach. Nostalgicznym spojrzeniem obrzucam mijany „Pulpit”, pod którym zarosła wymalowana niegdyś dla mnie „koperta”. Obecne „Wilcze Echa” są zamknięte na trzy spusty, ale nad daszkiem wisi szyld „Noclegi”. Zaglądam do Lacha (knajpa „U Rzeźbiarza”), zwabiony dobiegającą z głośników muzyką The Ukrainians. W ogródku pusto, a wewnątrz pani barmanka ze łzami w oczach ogląda brazylijską telenowelę. Przerywam jej seans w momencie, gdy bohaterka dramatycznym głosem krzyczy do rywalki: „Chciałaś mi zabrać Omara!”. Zamawiam pierwszy bieszczadzki kufel Leżajska i dojadam podróżne kanapki, po czym ruszam na aklimatyzacyjny spacer. W drodze na Wołosate zbaczam w las i przez parę godzin błąkam się w absolutnej samotności po zarośniętych ścieżkach, nasiąkając słońcem, kolorami i błotem. Wracam do UG od strony Rawek i loguję się w „Kremenarosie”. Oglądam buty – rozdarcie nie powiększyło się, co napełnia mnie optymizmem. Za to przemoczone buty zafarbowały moje stopy na piękny ciemnozielony kolor, przez co wyglądam jak hobbit. Gdy zaglądam do łazienki, staję jak wryty z dziobem „na open”. Od 1985 roku zmienił się system, moda i waluta, padały rządy, koncerny i deszcze meteorów, ale syf w kremenarosowych sanitariatach pozostał niezmienny. Pleśń na suficie, poobtłukiwane kafelki i brodziki, zardzewiałe krany i prysznice, grzybicę można złapać od samego patrzenia... Wychodząc stamtąd po kąpieli mam wrażenie, że jestem bardziej brudny, niż w momencie wejścia.
Z pobudek zapewne masochistycznych postanawiam sprawdzić tutejszą kuchnię. Zamawiam placek po bieszczadzku. Jest całkiem OK, porcja solidna, więc na jego eksterminację poświęcam prawie godzinę. W trakcie konsumpcji podchodzi do mnie koleś około 30-tki. Sławek dostał łóżko w tym samym pokoju, więc daję mu klucz. Potem idziemy oblać spotkanie do Lacha na piwo. Lokal pamiętam z czasów, gdy gospodarz rezydował jedynie w małej chatynce z szyldem „Twórca ludowy”, który ktoś przerobił na „Stwórca lodówy”. W ramach hucznego oblewania spotkania Sławek wypija małe piwo („zasadniczo jestem niepijący”), za to raczy mnie pikantnymi historiami ze swojego burzliwego życia erotycznego. Wracamy do „Kremenarosa” około północy. Jutro Sławek wybiera się na Rawki, ja planuję zdobyć Tarnicę.
Dobranoc.