Niedziela, 8 października

Budzę się z piaskiem pod powiekami, a razem ze mną budzi się jeden imperatyw: „jak najszybciej wypier...ć z Kremenarosa!”. W drodze do łazienki spotykam wczorajszych imprezowiczów. Przez chwilę mierzymy się wrogimi spojrzeniami. Odzywają się pierwsi – przepraszają za nocne hałasy. Gadamy trochę i rozstajemy się w zgodzie. Przy śniadaniu zastanawiamy się ze Sławkiem, co dalej. Mój towarzysz ponownie chce wyruszyć na poszukiwanie noclegu w UG – jest niedziela i będzie mu łatwiej coś znaleźć – a potem wybrać się na Tarnicę. Ja zamierzam przenieść się do Wetliny. Pierwotnie chciałem przejść ambitnie z worem przez Caryńską i złapać jakiś transport z Berehów, ale nieprzespana noc i trochę obolałe mięśnie wybijają mi to z głowy. Postanawiam zawieźć plecak do Wetliny, a potem poszwendać się po okolicy. Zbieramy graty, wynosimy się z „ganku” i rozstajemy w centrum UG. Robię jakieś zakupy i zaczynam rozglądać się za transportem.
Nie wygląda to najlepiej. O PKS-ie można zapomnieć, busy jeżdżą jak raz do Wołosatego, kierowcy osobówek na widok plecaka przyśpieszają. Po dwóch godzinach bezskutecznego polowania podejmuję jedynie słuszną decyzję – idę na piwo do Lacha. A nawet na dwa piwa. Ok. 13 wyruszam ponownie na centralny ustrzycki placyk i... natychmiast łapię busa do Wetliny. Bo piwo zawsze pomaga. Pół godziny później wysiadam przy PTSM-ie. Akurat tutaj 21 lat temu zatrzymaliśmy się całą ekipą, a po głowie kołacze mi się zasłyszana gdzieś informacja, że to schronisko – choć niby sezonowe – ma też miejsca noclegowe dostępne przez cały rok. Ale nie mogę tego sprawdzić, bo szkoła zamknięta na głucho. Dzwonię, pukam, obchodzę budynek dookoła. Na parkingu stoi kilka samochodów, ale PTSM wygląda na martwy. Tuż przy drodze widzę strzałkę do schroniska PTTK i natychmiast dostaję gęsiej skórki na wspomnienie „Kremenarosa”. Pewnym krokiem ruszam do Piotrowej Polany. Ale tu sytuacja niemal identyczna. Domki zamknięte, pensjonat także, parę aut na parkingu. Ze Starego Sioła wracam do centrum. Skuszony zachęcającym szyldem „Spanko dla łazików” wspinam się pod górę i podchodzę do starego domku. Wygląda klimatycznie. Wchodzę do środka i od progu uderza mnie zapaszek stęchlizny. Robię w tył zwrot i uciekam, nie spotykając nikogo. Może coś straciłem, ale znów dopadły mnie upiory „Kremenarosa”. Chyba po powrocie będę musiał przejść jakąś terapię. Nieco niżej pukam do willi ozdobionej tablicą „noclegi”. Otwiera mi 14-letni chłopczyk. Pytam o miejsce, ale w odpowiedzi słyszę: „Pojedynczo nie przyjmujemy”. „U Rumcajsa” też zamknięte. Koniec sezonu staje się coraz boleśniej odczuwalny. Z rezygnacją drepczę do schroniska PTTK.
I tu zaskoczenie. Fajne wnętrze baru, miła obsługa, wolne miejsca. Proszę o pokazanie wspólnej łazienki. I znów szok. Światło włączają czujki ruchu, w kranach dozowniki wody, z podłogi można jeść. W życiu bym nie pomyślał, że zapach Domestosa może być tak przyjemny. Pokoje czyste i schludne, łóżko w dwójce kosztuje 25 zł. Płacę za dwie noce i z ulgą zrzucam plecak. Działa centralne ogrzewanie, więc jest przyjemnie ciepło. Podczas półgodzinnej sesji pod prysznicem zastanawiam się, co robić. Zrobiła się godz. 17, więc na trasę już za późno, postanawiam więc robić nic. W końcu jest niedziela.
Idę zakosztować klimatu polecanej „Bazy ludzi z mgły”. Na miejscu okazuje się, że jestem jedynym klientem. I jak tu poczuć klimat? Wypijam samotne piwko. Zmierzcha się, więc wracam do schroniska.
Idąc poboczem widzę przed sobą miejscowego menela... sorry, zakapiora. Wlecze się wolno na mocno chwiejnych nogach. Gdy słyszy za plecami moje kroki, odwraca się nagle, staje i patrzy groźnie spode łba. Zarost ma co prawda krótszy od mojego, ale mam wrażenie, że piwem wali od niego trochę mocniej.
- Dzień dobry – rzuca chrapliwie.
- Dzień dobry – odpowiadam niepewnie.
Facetowi twarz łagodnieje.
- Bo my tu mamy taki zwyczaj, że się witamy – wyjaśnia łaskawie. – Tu nie Zakopane.
Zapewniam, że wiem o tym doskonale i ruszamy każdy w swoją stronę. W schronisku wypijam ostatnie piwko na tarasie i ok. 20 już smacznie chrapię.