Wybaczcie, ale jak się wróci do kieratu po dwóch tygodniach, to nie zawsze jest czas na pisanie. Wszak bagno wciąga Ale do rzeczy.

Wtorek, 10 października

Według pierwotnych założeń miałem po południu przenosić się do Cisnej, ale rano stwierdzam, że nie chce mi się znów tracić połowy dnia na przejazd i szukanie kolejnego lokum. Zaglądam do baru-recepcji i pytam, czy mógłbym zostać w schronisku jeszcze dwa dni. Akurat są wolne miejsca, więc z ulgą dopłacam należność i zaczynam się przygotowywać do kolejnej wyprawy.
Ze schroniska wychodzę ok. 10. Przy sklepie ABC - jak na zamówienie – stoi busik do UG. Ale kierowca nie jest tak uległy, jak ten wczorajszy, i każe czekać na quorum. Stoję z pół godziny, ale żaden inny pasażer się nie pojawia. No to Jawornik! Ruszam do żółtego szlaku, po drodze machając bez przekonania na z rzadka przejeżdżające osobówki. Tuż przed zejściem z drogi zdarza się cud. Zatrzymuje się mały opel na śląskich numerach. Dwóch panów w średnim wieku z chęcią zgadza się zabrać mnie do Berehów. No to Caryńska! Panowie przyjechali na parę dni połazić. Po drodze mijamy ze 4 inne busy na poboczach. Są puste, a kierowcy w oczekiwaniu na klientów wygrzewają się na słońcu. Widomy znak, że jest już mocno po sezonie. Wysiadam w Berehach życząc podwożącym miłego pobytu i ruszam kupić bilet. W kasie BdPN siedzi ta sama sympatyczna dziewczyna, która wczoraj usypiała dziecię i z którą wspólnie popalaliśmy przy krzyżowce.
Rozpoczynam mozolną wspinaczkę przez Las Snozy. I żałuję, że nie umarłem wczoraj. Znów ta zadyszka, znów dudnienie w klatce piersiowej, znów te namolne pytania. Dochodzi do tego atrakcja w postaci parowania okularów – gdy tylko zatrzymuję się dla złapania oddechu, szkła natychmiast zachodzą mi mgłą. I to bynajmniej nie ze wzruszenia. Mam do wyboru dłuższy postój celem wyczyszczenia bryli albo dalszy marsz, bo po kolejnych kilku krokach para znika, jednak przez tę chwilę idę prawie po omacku. Ale przynajmniej nikogo nie potrącę, bo na szlaku pusto. Pierwszego człowieka spotykam powyżej linii lasu, a za chwilę pojawiają się następni.
Wreszcie zdobywam Kruhły i rozsiadam się na skałkach. Obok rezyduje młody człowiek, który wyminął mnie na podejściu. Ma profesjonalny sprzęt fotograficzny, dzięki czemu mam kolejną ofiarę! Chętnie zgadza się zrobić mi fotkę, a ja rewanżuję się mu tym samym. Leszek jest też z Warszawy, przyjechał w nocy samochodem, który zostawił na Przełęczy Wyżniańskiej. Zastanawia się, czy schodzić do UG, czy też od razu wracać zielonym szlakiem do auta. Idziemy do rozstajów, na których mój towarzysz decyduje się wędrować dalej ze mną. Gadamy z rzadka, ale sympatycznie. Okazuje się, że Leszek pracuje w dość bliskiej mi branży. Gdy rzuca nazwę firmy, parskam śmiechem - znam dobrze jednego z jego szefów. How modern...
Przy samym zejściu z Caryńskiej spotykamy odpoczywające czoło szkolnej wycieczki. Młody przewodnik tłumaczy 10-12-letnim dzieciakom, że nie mogą tak długo odpoczywać, bo czeka ich dziś jeszcze przejście Wetlińskiej. Zmordowani wycieczkowicze odpowiadają mu uprzejmym: „Ni ch...a!”, ewentualnie „K...a, zapomnij!” Nieco niżej spotykamy kolejną nieletnią grupę, którą prowadzi uśmiechnięty mężczyzna w okularach. Mówimy sobie „Cześć!”, a po chwili zza pleców dolatuje nas pytanie wydyszane przez jedną z dziewczynek: „Proszę księdza, daleko jeszcze do tej Chatki Puchatka?” Z Leszkiem patrzymy na siebie zdziwieni. Czyżby kolejna grupa wyczynowców? A może dobrodziej pomylił połoniny? Nadchodzi zamykająca stawkę pani profesor. Pytam ją, czy faktycznie idą do Chatki Puchatka. Pani w sumie nie wie, ale „na górze jest przewodnik, który wie”. Oddychamy z ulgą – państwo są ogonem tej pierwszej grupy, a trasa jest jednak pod kontrolą. Tak czy inaczej dzieciaki czeka niezła przeprawa. A może tylko takim oderwanym od biurka starym pierdzielom wydaje się, że dwie połoniny w jeden dzień to jakiś hardcore? Ale stają mi przed oczyma twarze kilku znajomych, którzy po takich traumach z dzieciństwa znienawidzili góry na zawsze... Ech...
Przez całą drogę Leszek nie odrywa oka od aparatu. Zdradza mi, że właśnie założył własną firmę i będzie wydawał kalendarze z pejzażami. Pokazuje mi w aparacie kilka fotek, które śmiało mogłyby ozdobić niejedno takie wydawnictwo. Ja po drodze robię ostatnią fotkę i kończy mi się film. Pstryknąłem 24 sztuki i chwatit. W Ustrzykach oczywiście idziemy do Lacha na piwo. Po rozmowie z gospodarzem Leszek decyduje się zostać u niego na nocleg, musi jednak zabrać samochód z Przysłupia, a potem podjechać do UD, gdzie – podobno – można zgrać zdjęcia z karty na płytę. Pośpiesznie dojadamy kanapki i ruszamy w stronę placyku w centrum. Busów nie widać, więc idziemy pieszo w stronę Wetliny. Kierowcy zwyczajowo olewają machanie, jednak – o dziwo! – za czas jakiś zatrzymuje się samochód ze starszym małżeństwem i nas zabiera. Na Przysłupie żegnam się z Leszkiem i jadę dalej. Państwo odwiedzali krewnych w Krośnie i postanowili na kilka dni wybrać się do Wetliny. Byli już rano w Wetlinie i nie mogli znaleźć kwatery. Wymieniają nazwy pechowych pensjonatów, a z pozostałych przychodzi mi do głowy jedynie „Alkowa” i PTTK. Wysadzają mnie przy samej dróżce do schroniska, do którego później już nie docierają, więc widocznie znaleźli coś innego.
Jutro ostatni dzień w Biesach, a pozostała mi z dawien dawna nie widziana Rabia Skała. Zasiadam z piwem na barowym tarasie i gapię się na zachód słońca. Słychać tylko plusk Wetlinki przerywany sporadycznie brzękiem garów z kuchni. W schronisku puściutko, na parkingu stoją ze dwa samochody. Czuję spore zmęczenie, więc dopijam piwo i idę do pokoju. Zasypiam ok. 19 kołysany błogimi wspomnieniami.
Ok. 20 zaczyna trząść się ziemia. Budynek drży rozkołysany setkami stóp i głosów. Nie ma wątpliwości – przyjechała tzw. grupa. Z wywrzaskiwanego co chwilę na korytarzu zwrotu „pani profesor!” wnioskuję, że mam okoliczność z młodzieżą licealną. O ile pamiętam, w tym wieku ceniło się już „ciche zajęcia w podgrupach”, więc może niedługo będzie spokój? Póki co, oprócz tupotu i nawoływań słyszę przedziwną kakofonię dźwięków – z każdego pokoju przez otwarte na oścież drzwi dobiega różna muzyka tworząc koszmarny misz-masz. Ale do 22 to wolny kraj. A potem... Może wreszcie mój myśliwski nóż się na coś przyda?
I tak nie zasnę, więc gramolę się ze śpiwora i – tu może niektórych zaskoczę – idę na piwo. Ale bar jest juz zamknięty. Ech... Wracam do pokoju, a na korytarzu nadal trwa fiesta. Na szczęście przypominam sobie o ledwo napoczętej piersiówce. Ta-dam! Siadam na łóżku, popijam mineralną, zagryzam „princessą” i czekam na magiczną 22.
W tym miejscu chciałbym złożyć najwyższe wyrazy uznania na ręce pani profesor, która w dn. 10-11.10.2006 opiekowała się grupą w schronisku PTTK w Wetlinie. Nie wiem, jak osoba owa wyglądała, bo słyszałem tylko jej energiczny głos, ale należałoby pomyśleć o nazwaniu jej imieniem jakiejś ulicy albo szczytu. Otóż o magicznej godzinie 22 niewytłumaczalnym sposobem w dwie minuty pani pacyfikuje całe towarzystwo. I już. Z niedowierzaniem to wpatruję się w zegarek, to wsłuchuję w absolutną ciszę za drzwiami. Doznanie na poły mistyczne.
Ale „enjoy the silence”, więc zasypiam.